#TuZaczynałem – Janusz Kupcewicz

Tym razem wybierzemy się w piłkarską podróż przez lata 60-te, 70-te i 80-te. W niesamowitą wyprawę okraszoną niepublikowanymi wcześniej zdjęciami zabierze nas piłkarz, który w meczu o brązowy medal Mistrzostw Świata strzelił bramkę Francuzom.

A wszystko zaczęło się na tu na Warmii – i to dosłownie – w klubie Warmia Olsztyn, którego wychowankiem jest nasz bohater. Później był Stomil Olsztyn, Arka Gdynia i Lech Poznań z którego za 380 tys. dolarów trafił do Saint-Etienne ustanawiając w tamtym czasie trzeci największy transfer w historii polskiej piłki! Był na dwóch mundialach, a łącznie z orzełkiem na piersi wystąpił 20 razy strzelając 5 bramek… Resztę opowie sam – #TuZaczynałem z Januszem Kupcewiczem.

 


Urodził się Pan w Gdańsku, ale karierę piłkarską zaczynał w Warmii Olsztyn. W jaki sposób trafił Pan do naszego województwa?

Tata ukończył studia na Politechnice Gdańskiej – inżynierię budownictwa lądowego. Ponadto w tym czasie zrobił uprawnienia trenerskie pierwszej klasy, pozwalające prowadzić zespoły z najwyższej ligi, czyli I ligi. Postanowił nie podejmować pracy w wyuczonym zawodzie, tylko grać w piłkę. Był wówczas zawodnikiem pierwszoligowej Lechii Gdańsk. Potem był szkoleniowcem w Ostrowcu Świętokrzyskim i Kraśniku. Na Warmię i Mazury natomiast przeniósł się za namową pana Masztalera, który był dyrektorem w szkole średniej w „kolejówce”. Bardzo fajnie układała się ich współpraca. Mieli pomysł, żeby do internatu ściągać wyróżniającą się młodzież, zapewniając im jednocześnie wyżywienie i edukację. Mój tata jeździł, szukał młodych, uzdolnionych zawodników i w ten sposób budowali zespół. Była to drużyna Warmii Olsztyn.

Kiedy zatem Państwo przeprowadzili się do Olsztyna?

Nie pamiętam niestety, w którym roku miało to miejsce, jednak szkołę podstawową zaczynałem już w Olsztynie. Uczęszczałem do Szkoły Podstawowej nr 5, potem zaś do Technikum Kolejowego. Na początku mieszkaliśmy w Hotelu Warmińskim całą rodziną. Lata młodzieńcze zatem spędziłem tutaj, a w wieku dziewiętnastu lat wyjechałem do Gdyni, po ukończeniu technikum. Ale będąc jeszcze w Olsztynie grałem w juniorskich zespołach i zawsze z tatą jeździłem na obozy wraz z seniorami, nawet wtedy, kiedy nie osiągnąłem wieku seniora. Miałem ksywkę „Złotówa”, ponieważ zawsze chodziłem do taty po pieniądze, mówiąc: „Tato, daj złotówę” i grałem ze starszymi ode mnie zawodnikami, a wśród nich byli m.in. Matczuk i Wójtowicz. Na dodatek ogrywali mnie w pokera i stąd co chwila musiałem prosić tatę o pieniądze.

Zanim grał Pan w klubie, to gdzie grał Pan w piłkę?

Wszyscy graliśmy w piłkę. Świetne czasy. Moim zdaniem obecnie młodzież ma gorsze dzieciństwo, niż my mieliśmy. Sprawiało nam to dużo radości, robiliśmy to, co tak naprawdę uwielbialiśmy, praktycznie całymi dniami przebywaliśmy na dworze. Kiedy znaleziono dla nas mieszkanie to zamieszkaliśmy przy ulicy Radiowej. Nie było jeszcze wtedy w okolicy OZOS-owskich wieżowców przy parku, więc miejsca do grania trochę było. Mieliśmy tam też dwie bramki. Oczywiście nie mieliśmy takich warunków, jakie obecnie ma młodzież. Powinno im się pokazać, na jakich boiskach my graliśmy. Zawsze jednak znajdowaliśmy miejsce do grania, nie stanowiło to dla nas większego problemu, wystarczyło jedynie się skrzyknąć i nie miało to znaczenia, gdzie graliśmy. Zazwyczaj do domów wracaliśmy cali umorusani. Ale to nie było tak, że graliśmy wyłącznie w piłkę nożną. W tamtych czasach popularny był „Wyścig Pokoju”, więc kapslami graliśmy właśnie w ten „Wyścig Pokoju”. Zimą natomiast znajdywaliśmy górkę, zrobiliśmy małą wyskocznie, ktoś przyniósł narty i uprawialiśmy skoki. Na stawiku, kiedy woda zamarzła, szukaliśmy kijów w lesie i nimi, mając w dodatku krążek, graliśmy w hokeja. Nieraz zdarzyło się, że kiedy graliśmy bez ochraniaczy i dostało się krążkiem w nogę, to odczuwaliśmy straszny ból. Nigdy nie było nudy. Można powiedzieć, że naszą całą sprawność fizyczną nabyliśmy spędzając czas na podwórku, a nie będąc w szkole, pomimo tego, że wówczas szkoły oferowały szerszą gamę zajęć pozalekcyjnych. Co prawda to rodzice nas wychowali na ludzi, ale na podwórku też kształtował się nasz charakter. Cały czas utrzymuję kontakt z Jurkiem Budziłkiem, Zbyszkiem Kubelskim i Andrzejem Pacochą, ponieważ zawsze się trzymaliśmy taką paczką. Widujemy się co jakiś czas, sama przyjemność spotkać się z nimi i porozmawiać.

Czy wówczas graliście w jakieś gry osiedlowe: osiedle na osiedle, blok na blok, albo jakieś gierki podwórkowe?

Tak, grało się osiedle na osiedle. Zawsze przychodziła taka grupka „pijaczków”, która grała na strzelnicy z innym osiedlem, a że ja nawet nieźle prezentowałem się wśród grupy, pomimo tego, że byłem młodszy, brali mnie do swojej drużyny. Stawką była skrzynka piwa. Grałem z dorosłymi ludźmi. „Kupiec” trochę im „pokręcił” i byli zadowoleni. Poza tym, były bitwy na śnieżki, nie tylko takie przyjacielskie. Z perspektywy czasu nie wszystkie tego typu zabawy były do końca bezpieczne.

Domyślam się, że skoro tata trenował drużynę, to on był Pana pierwszym trenerem. To prawda?

Jak tylko się urodziłem, to już do kołyski dostałem pierwszą piłkę od taty. W moim przypadku odnośnie tego, co będę robił w przyszłości mama nie miała zbyt dużo do powiedzenia. Brat także grał w piłkę nożną w reprezentacji w grupach młodzieżowych, tata jak wspominałem grał w Lechii. Rodziców bardzo mi brakuje, a naprawdę wiele im zawdzięczam. Tata budził mnie o 6:00, przed szkołą i wspólnie ćwiczyliśmy różne elementy gry. Kilka lat później grałem już w Warmii Olsztyn, bodajże zaczynałem w trampkarzach u pana Zbyszka Lewickiego.

Jak było w Warmii? Pamięta Pan jakiś mecz z tamtego okresu, może jakiś wyjazd? Jak to wyglądało w tamtych czasach?

Jeździliśmy trochę po województwie. Cały region miałem „obcykany”. Piękne tereny, bardzo dużo lasów i jezior. Przypomina mi się pewna sytuacja: nie pamiętam dokładnie, kto był rywalem, ale nie mieliśmy żadnego transportu i ostatecznie podstawiono nam ciężarówkę marki „Star”, która była brudna od przewożenia cementu. Mama ubrała mnie wtedy w taki garnitur młodzieżowy, żebym ładnie wyglądał. Siedzieliśmy z tyłu na takich fotelach, które „latały” i odbijały się od wnętrza pojazdu. W sumie byliśmy przygotowani na tego typu sytuacje, nikt nie marudził, tylko cieszyliśmy się, że w ogóle mogliśmy pojechać. Kiedy wróciłem i pokazałem mamie garnitur, to nie była zbyt szczęśliwa…

Ile lat spędził Pan w Warmii?

W sumie około 4 lat. W wieku 13-14 lat chciałem trafić do OKS OZOS, czyli do dzisiejszego Stomilu, ponieważ mój tata także tam przechodził. W Warmii wtedy zaczęło się źle dziać, a w OKS OZOS nastawały lepsze czasy. Zostałem wówczas zawieszony, ponieważ Warmia nie chciała mnie puścić i sprawa trafiła do PZPN-u. Przez to nie grałem w żadnych oficjalnych rozgrywkach niemalże przez rok. Trenowałem normalnie z drużyną, ale nie mogłem wystąpić w oficjalnym meczu. Domyślam się, że to był ewenement w skali kraju, że chłopak w moim wieku nie mógł z tego powodu grać. Drużyna wówczas występowała bodajże w III lidze i swoje spotkania rozgrywała przy ul. Gietkowskiej.

Jak wyglądał kiedyś tamten teren?

Boisko było piaszczyste. Nawet grając w II lidze tam odbywały się treningi. Nieopodal była hala, w której znajdowały się szatnie. Warunki może nie były idealne, ale myślę, że w innych miejscowościach były zbliżone. Pomimo, że z Olsztyna wywodzi się paru zawodników, którzy grali w Reprezentacji Polski w różnych kategoriach wiekowych, to jednak nie było tu dobrego obiektu, a tamtejsze tereny były bardzo fajne. Podobnie na terenach dzisiejszej „Warmii” można byłoby zrobić przepiękny kompleks piłkarski. Z Warmii i Mazur pochodziło paru dobrych zawodników. W tamtym okresie do Francji wyjechał Zbigniew Szłykowicz, który grał w Warmii Olsztyn, Wiesław Lendzion trafił do Wisły Kraków. Także z tego regionu kilku piłkarzy zagrało czy to w I lidze, czy za granicą. Olsztyn zawsze słynął z dobrej młodzieży, a jednak obiektów jak nie było, tak nie ma nadal.

Jak w Pana przypadku wyglądało przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej?

Ciekawie było (śmiech). Nie pamiętam, kiedy miało to miejsce. Tata jednak zabierał mnie na mecze, ale bywało tak, że przez 90 minut się rozgrzewałem i nie wszedłem (śmiech). Fajną pakę mieliśmy, właśnie z Jurkiem Budziłkiem, Zbyszkiem Kubelskim i Andrzejem Pacochą.

Czy od zawsze grał Pan na pozycji pomocnika?

Z tego, co pamiętam, to tak. W czasach juniorskich i seniorskich występowałem jako środkowy pomocnik. W sumie do VII klasy szkoły podstawowej miałem ksywkę „Mały”. Byłem niskiego wzrostu i dopiero od VIII klasy urosłem nieco bardziej. Bardzo dużo pracowałem z tatą nad techniką. Żył piłką nożną i moje wyszkolenie było jego oczkiem w głowie. Kochał piłkę, zostawił swój zawód i zaangażował się w futbol, pomimo tego, że jako inżynier prawdopodobnie mógłby zarobić więcej pieniędzy.

Czym na boisku charakteryzował się Janusz Kupcewicz?

Przede wszystkim przeglądem pola, wyszkoleniem technicznym i wykonywaniem stałych fragmentów gry. Dużo nad tym pracowałem w młodzieńczych latach. Mam wrażenie, że obecnie sporej liczbie zawodników w naszej Ekstraklasie piłka przy nodze po prostu przeszkadza. Nam wtedy treningi na nierównościach pomogły kształtować technikę. Ktoś może ze mną polemizować, że kiedyś tempo gry było wolniejsze niż obecnie, ale dobrze wyszkolony piłkarz zawsze poradziłby sobie, niezależnie w jakich czasach. Wydaje mi się, że kiedyś na jedenastu zawodników wychodzących na boisko, co najmniej sześciu lub siedmiu było dobrze wyszkolonych technicznie, a pozostali mieli lepsze warunki fizyczne. Teraz te proporcje się zmieniły. Jak jest już czterech piłkarzy z dobrą techniką, to już jest nieźle.

W jakiej lidze grał Stomil w latach, kiedy Pan tam grał? Pamięta Pan jakiś mecz z tamtego okresu?

To była II liga. Nie wiem ile razy wystąpiłem w barwach Stomilu. Przypomina mi się jeden mecz, kiedy było wiadome, że odchodzę do Arki Gdynia. Spotkanie z Motorem Lublin o utrzymanie w lidze. Musieliśmy wygrać, aby uniknąć spadku. Wiadomo, że lepiej jest, kiedy opuszcza się zespół, który utrzymuje się, a nie, kiedy on spada. Wygraliśmy ten mecz 1:0 po bramce Zbyszka Kubelskiego, który występował w juniorskiej Reprezentacji Polski.

Pan także w niej występował będąc graczem Stomilu? Dużo było wyjazdów na mecze reprezentacji?

Tak. Wówczas nie było takiego podziału na kadry U-18, U-17 i tak dalej. Była jedna kadra juniorska do lat 18. Trenerem był Marian Szczechowicz. Sporo było wyjazdów do krajów „bloku wschodniego”. Lataliśmy samolotem m.in. do Bułgarii czy Rumunii. Kiedy popłynęliśmy promem do Szwecji, to zobaczyliśmy inny świat, ładne boiska i inne obiekty. Wyjazdy na zachód Europy w tamtych czasach był niemalże niemożliwy. Mieliśmy fajną kadrę: Zbigniew Boniek, Marek Dziuba, Henryk Miłoszewicz. Pomimo, że nie zakwalifikowaliśmy się wówczas do Mistrzostw Europy, to wielu zawodników grających w kadrze zaistniało później w seniorskiej reprezentacji. Właśnie taki cel przyświeca prowadzeniu młodzieży, a nie osiągane w tamtym czasie wyniki drużyny młodzieżowej.

Jak to się stało, że trafił Pan do Arki Gdynia?

Arka Gdynia była wtedy beniaminkiem I ligi. Propozycje miałem chyba z każdego zespołu I ligi, przedstawiciele wszystkich klubów byli u mnie w domu na rozmowie. Legia także chciała mnie, trener Strejlau, z którym współpracowałem potem w Grecji, bardzo naciskał na moje przejście do Legii.

Dlaczego właśnie Arka?

W Górniku Zabrze na mojej pozycji grał wtedy Zygmunt Szołtysik, w Legii Kazimierz Deyna. Raczej nie przebiłbym się do pierwszego składu w żadnej z tych drużyn. Zawodnik „ze wsi” – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, mógłby nie dać rady tam zaistnieć. Mam nadzieję, że nikt nie obrazi się za te słowa. Pojechałbym w środowisko górnicze. Jako młody chłopak, dziewiętnastoletni, pomimo, że prasa na mój temat pisała wtedy niesamowite rzeczy, że jestem drugim Włodzimierzem Lubańskim, to z moim ówczesnym, zbyt cienkim charakterem, mało przebojowym, miałbym trudności w odnalezieniu się w tamtym środowisku. Podobnie byłoby w Warszawie, ponieważ wielu dobrych graczy tam „przepadło”, miasto ich „wciągnęło”. Po całej sprawie związanej z moim przejściem dziennikarze pisali bardzo brzydkie artykuły o moich rodzicach, zwłaszcza o tacie, który ich zdaniem żądał za moje przejście do Górnika Zabrze willę i tego rodzaju rzeczy, co było bzdurą. Będąc w Arce przez 2 lata mieszkałem na basenie razem z bratem, który szybciej niż ja dostał mieszkanie, potem ja dostałem mieszkanie, za które sam zapłaciłem, aby było własnościowe, także to całkiem zaprzecza temu, co prasa pisała na temat rodziców. To jedyne, co otrzymałem wtedy od Arki. Druga sprawa: uważam, że wybór Arki był słuszny, ponieważ gdy z tatą rozpatrywaliśmy oferty, to przede wszystkim chodziło nam o to, bym regularnie grał. O mnie pisano, że mam wielki talent, a w drużynie beniaminka o występy w podstawowym składzie było łatwiej. Przeskok z juniorów do seniorów miałem już za sobą, a w seniorach panowały nieco inne reguły, młodego musieli zawsze „karcić”.

Jak wyglądało zatem pierwsze wejście do szatni Arki w Pana przypadku?

Myślę, że podobnie jak to ma miejsce teraz, czyli trzeba po prostu udowodnić swoją wartość, pokazać na boisku swoje atuty. Wszędzie panują określone reguły, do których trzeba się dostosować. No i przekonałem się, że tam też tak było, przez co w pierwszym sezonie przez pierwsze pół roku grałem, a kolejne pół roku już nie. Arka co prawda spadła z I ligi, ale postanowiłem zostać. „Starszyzna” zaczęła mnie nieco inaczej postrzegać, zostałem królem strzelców w II lidze, pomimo, że grałem jako pomocnik. Okres adaptacyjny po przejściu z juniorów do seniorów trwał mniej więcej rok. Pamiętam pewną historię za czasów, gdy trenerem był Grzegorz Polakow. Przed wyjazdem na zgrupowanie do Starogardu Gdańskiego zażyczył sobie, żeby kierownik drużyny do autokaru zapakował… 20 kilofów! Kierownik był bardzo zdziwiony, zaczął zadawać pytania: „ale jak, po co?”, ale trener powiedział: „nie zastanawiaj się, po co te kilofy, tylko je zapakuj!”. Tak też zrobił. Kiedy dotarliśmy na miejsce, za budynkiem hotelowym było miejsce, żeby kopać dołki. Kopanie dołów miało pomóc rozbudować sobie górne partie ciała. Zazwyczaj używało się do tego piłek lekarskich albo czegoś w tym rodzaju, a trener Polakow wymyślił sobie kilofy i drużyna tymi kilofami kopała doły (śmiech). Krew lała się, piłkarze nieprzyzwyczajeni do tak ciężkiej pracy, a tu trzeba było trzymać kilof gołymi rękoma, bez żadnych rękawic. Mówiono, że Polakow wprowadził nowe metody szkoleniowe, czyli kilofy. Akurat ja się wyłgałem od tego, ponieważ miałem i nadal mam problemy z kręgosłupem, kilkukrotnie leżałem na wyciągach w szpitalu. Powiedziałem, że nie będę tym kilofem kopał, no i nie kopałem.

W Arce spędził Pan aż osiem lat…

Można oczywiście gdybać, co by było, gdyby… Nie żałuję tej decyzji. Z Arką zdobyłem Puchar Polski. Przeszedłem do Lecha, kiedy Arka spadła z I ligi po to, by utrzymać miejsce w reprezentacji. Z Lechem zdobyłem Mistrzostwo Polski, zagrałem w Mistrzostwach Świata. Pierwsze powołanie do Reprezentacji Polski miało miejsce w 1976 r. i był to mecz przeciwko Reprezentacji Argentyny. Wszedłem na boisko na ostatnie 25 minut i tak naprawdę… praktycznie stałem w miejscu. Atmosfera, powietrze, klimat były bardzo specyficzne. Rozgrzałem się, wyszedłem na boisko, miałem nogi jak z waty, wysokie ciśnienie. Organizm nie wytrzymał takiej dawki stresu. Przegraliśmy ten mecz 1:2. Co ciekawe, w tym spotkaniu w Reprezentacji Polski debiutowali także m.in. Stanisław Burzyński oraz Zbigniew Boniek.

Janusz Kupcewiczfot. PAP / Adam Hawałej

Kolejne Pana mecze w reprezentacji to spotkania ze Szwecją, Finlandią, Rumunią i Hiszpanią. Może opowie Pan parę słów o ostatnim z tych spotkań?

Graliśmy w Barcelonie. Mecz zakończył się naszym zwycięstwem 2:1, dwie bramki strzelił Andrzej Iwan. Wygrać z Hiszpanią na ich terenie to była wielka sztuka. Pamiętam ten mecz z jeszcze jednego względu. Nie powinno się źle mówić o zmarłych, ale Włodek Smolarek krzyczał na trenera Ryszarda Kuleszę, żeby zmienił Adama Walczaka, który tamtym spotkaniem debiutował w kadrze na pozycji stopera. Smolarek tak pewnie czuł się w tej reprezentacji, że sobie na to pozwolił, a dla Włodka był to zaledwie drugi mecz w kadrze. To pokazywało, jakim mocnym charakterem dysponował, podobnie jak inni zawodnicy Widzewa Łódź. Podczas Mistrzostw Świata w 1982 r., w których w meczu o trzecie miejsce pokonaliśmy Francję 3:2, część osób deprecjonowała nasze osiągnięcie, ponieważ nie zagrało kilku podstawowych piłkarzy francuskich. Okazja do ponownej potyczki z Francuzami nadarzyła się 1,5 miesiąca później. W Paryżu, na stadionie Parc des Princes zwyciężyliśmy z gospodarzami 4:0, a ja zdobyłem dwa gole. To jest wynik, który prędko nie zostanie powtórzony. Aktualnie jesteśmy daleko w tyle za Francuzami czy Hiszpanami, z tym że młodzież w tych krajach ciągle robi postęp, natomiast u nas cały czas jest z tym problem.

Cofnijmy się jeszcze do 1978 r. Pojechał Pan na Mistrzostwa Świata, jednak był Pan tam rezerwowym…

Bodajże dwukrotnie siedziałem na ławce. Pojechało nas tam 22, a nie wszyscy mogli być na ławce rezerwowych. Miałem wejść na boisko na ostatnie 20 minut w meczu z Argentyną, który przegraliśmy 0:2, jednak wówczas przepisy były troszkę inne. Asystentem trenera Jacka Gmocha był Waldemar Obrębski, który jednocześnie był selekcjonerem reprezentacji młodzieżowej i olimpijskiej. Powiedział on trenerowi Gmochowi, że moje wejście na boisko nie zmieni oblicza spotkania, a zamknie mi jedynie drogę do występu w kadrze olimpijskiej, bowiem jeżeli na Mistrzostwach Świata zagrało się chociaż minutę, wówczas nie można było występować w eliminacjach do Igrzysk Olimpijskich. Przez to właśnie nie zagrałem wtedy na Mundialu. Trener Obrębski jednak miał sporo racji. Niestety już nie żyje, ale był bardzo lubiany przez wszystkich zawodników i ceniony za ogromną wiedzę i to, jakim człowiekiem był. Zginął w wypadku samochodowym w Australii. Także uważam, że dobrze zrobił, chociaż w meczu eliminacyjnym z Czechami dostałem czerwoną kartkę i niewiele pomogłem, może nawet zaszkodziłem reprezentacji, trudno powiedzieć. W każdym razie na Igrzyska Olimpijskie nie udało nam się awansować.

Cztery lata później jednak doczekał się Pan występów na Mistrzostwach Świata…

Moim zdaniem, w piłce i w życiu trzeba zawsze mieć sporo szczęścia. Bez szczęścia w życiu ciężko się „przebijać”. To samo w sporcie: jeżeli spojrzymy z mojej perspektywy: pierwszy mecz Reprezentacji Polski z Włochami, a ja siedzę na trybunach. Drugi mecz z Kamerunem – ja znów na trybunach. Z Włochami wynik 0:0 uznano za całkiem niezły. Z Kamerunem także padł bezbramkowy remis, jednak ten wynik był bardzo niezadowalający, a mieliśmy parę sytuacji do zdobycia gola. Teraz taka kwestia: kto zadecydował, żeby postawić akurat na mnie, a nie na Włodka Ciołka, który mógł zastąpić Zbigniewa Bońka, który z kolei miał wrócić do Polski, ze względu na polityczne naciski, gdzie domagano się jego wycofania z reprezentacji. Jedni twierdzą, że to decyzja trenera Piechniczka, inni że to zasługa trenera Hajdasa, który był w sztabie szkoleniowym. Niemniej uważam, że akurat wtedy dobrze wyglądałem na treningach. Zostałem zatem włączony do szerokiej kadry, a następnie dowiedziałem się, że w kolejnym meczu z Peru zagram. Wygraliśmy wtedy 5:1, zaliczyłem jedną asystę i asystę drugiego stopnia. Wyszedłem na to spotkanie bez stresu, bo tak naprawdę niczym nie ryzykowałem. Nawet gdybyśmy odpadli już w tej fazie, to cała krytyka spadłaby na zawodników, którzy grali w poprzednich dwóch meczach, czyli Bońka, Smolarka, Janasa, itd. Podejrzewam, że gdyby Polska pokonała Kamerun chociaż 1:0, to do tej pory siedziałbym chyba na tych trybunach (śmiech).

Jak już wskoczyłem do tego zespołu, to grałem w nim do końca naszej przygody z Mundialem. To nie jest jedyny przypadek, jeżeli chodzi o szczęście. W meczu o trzecie miejsce z Francją do przerwy prowadziliśmy 2:1, zaliczyłem asystę przy bramce Stefana Majewskiego. Kiedy schodziliśmy do szatni zauważyłem, że Włodek Ciołek się rozgrzewa i pomyślałem, że wejdzie w moje miejsce, jak wskazywałaby logika, ponieważ grał na mojej pozycji. Ale jak się okazało Waldemar Matysik miał odwodniony organizm, nie kontaktował, nie wiedział co się dzieje. Musiał więc wejść za niego inny defensywny pomocnik, czyli Roman Wójcicki. Zatem decyzja o mojej zmianie została odwołana. Tuż na początku drugiej połowy uderzyłem piłkę z rzutu wolnego i zdobyłem gola. Czyli także szczęście, zdobyłem medal, dałem coś tej reprezentacji i w ważnym momencie zdobyłem bramkę, którą dedykowałem mojemu świętej pamięci tacie, który był wtedy ciężko chory, tak jak podczas transmisji wspomniał komentator Jan Ciszewski. Szczęście w nieszczęściu, bo Waldek Matysik po roku doszedł do pełni sprawności i zagrał w kolejnych Mistrzostwach Świata w 1986 r. Zrobił tzw. „czarną robotę”. Trzeba to także docenić, a nie wychwalać jedynie strzelców bramek. O tym mało kto mówi, ale ja bardzo często to podkreślam. Ostatnio jak spotkałem się z Waldkiem to był bardzo zaskoczony, że w tak pozytywny sposób o nim mówię. Bramka z Francją była chyba najważniejszym momentem mojej kariery.

Po Mistrzostwach Świata w 1982 r. przyszedł czas na mecz z Francją, o którym Pan wspomniał. Wynik 4:0 i Pana dwie bramki. Potem kolejny mecz, tym razem z Finlandią i znów bramka. Był Pan wtedy, mówiąc w piłkarskim języku „w gazie”, jeżeli chodzi o reprezentację…

Nie było źle. Cały czas pewne rzeczy się ciągnęły. Jedyny trener, który nie dał sobie „w kaszę dmuchać” był Kaziu Górski. Kadra pojechała kiedyś do Monachium i ktoś mu podpadł. Już ta osoba miała się pakować i wracać do domu, jednak stanęła za nim drużyna, dając mu szansę. Na złość jeszcze trener wstawił go do składu i zagrał… bardzo dobrze. Górski miał odpowiednie podejście. Tam nie decydował zespół czy jednostki. W Argentynie w 1978 r. decydowała pewna ekipa, w Hiszpanii też pewna osoba rządziła i to zapewne jej nie pasowało, żebym pojechał na kolejny Mundial w Meksyku. No i nie pojechałem. To trochę dziwne, ponieważ po mistrzostwach strzelam w pierwszym meczu dwie bramki, a transferze do Francji nadal regularnie grałem, a to przecież liga francuska była mocna. Zostałem „odstrzelony” przez to, że złapałem kontuzję mięśnia dwugłowego uda przed meczem ze Szwajcarią, na który zostałem powołany.

Opis alternatywny uzytkownicy/m.omachel@gdynia.pl/Różne/Arkowcy3.jpg

Transfer z Arki do Lecha Poznań miał miejsce od razu po Mistrzostwach Świata w 1982 r.?

Prywatni sponsorzy zrobili „zrzutkę” na mnie i wykupili z Arki, która miała otrzymać jakiś procent kwoty od kolejnego transferu.

Kto był wtedy trenerem w Lechu?

Trenerem był Wojciech Łazarek. W pierwszym sezonie zdobyliśmy Mistrzostwo Polski. Strzeliłem 9 bramek, w tym dwie bardzo ważne. Pomimo, że na boisku występowałem jako środkowy pomocnik. W ostatnim, decydującym meczu z Górnikiem Zabrze po dwóch dośrodkowaniach Mirosława Okońskiego zdobyłem dwa gole i wygraliśmy. Cały zespół zapracował sobie na ten tytuł. Chyba jako jeden z dwóch zawodników grających w Polsce, zostałem wybrany do „jedenastki wszechczasów” w dwóch różnych klubach, bo i w Arce i w Lechu byłem wybierany do jedenastek, mimo że w Poznaniu grałem jedynie rok. Po tym, jak wyjechałem do Francji, na moje miejsce ściągnięto Henryka Miłoszewicza.

Dobrze wspomina Pan czas spędzony w poznańskim klubie? Jacy piłkarze grali w ekipie Mistrza Polski?

Bardzo dobrze. Były ciężkie czasy, stan wojenny, ale jeżeli chodzi o sam zespół to było bardzo fajnie. W ogóle gdy zdobywa się z drużyną jakieś trofeum, czy mistrzostwo, czy puchar to są to wspaniałe czasy. Na takie sukcesy trzeba pracować cały rok. To był pierwszy w historii Lecha zdobyty tytuł Mistrza Polski. W Lechu grali m.in. Józef Adamiec, Mariusz Niewiadomski, Krzysztof Pawlak, Mirosław Okoński – najlepszy piłkarz według mnie, który grał na tej samej pozycji co Włodzimierz Smolarek. Smolarek grał, Okoński niestety rzadziej, jednak grając za granicą w Niemczech i Grecji udowodnił swoją wartość. Mieliśmy niezłą „pakę”. Trener też robił dobrą robotę, wiedział, jakich zawodników mu potrzeba. Henio Miłoszewicz, kiedy przyszedł do Poznania, świetnie się odnalazł, miał bardzo dobry przegląd pola, dobre uderzenie z dystansu, dobrze wykonywał stałe fragmenty gry.

Jak to się stało, że trafił Pan akurat do Francji? Miał Pan więcej ofert? Było w czym wybierać?

Miałem ofertę z Włoch pół roku wcześniej, ale nie puszczono mnie tam, ponieważ żeby przejść do zachodniego klubu trzeba było mieć ukończony 28. rok życia. Ja wówczas miałem 27. Zbyszka Bońka puszczono do Włoch wcześniej, kiedy miał 26 lat. Juventus zapłacił za niego 2 miliony dolarów. Podobnie puszczono Władka Żmudę, za którego Verona zapłaciła 450 tys. dolarów, jednak on miał już skończone 28 lat. Za mnie Saint-Etienne zapłaciło 380 tys. dolarów. Był to trzeci największy transfer w tamtej chwili w historii polskiej piłki. Jak to się stało? Francuzi szukali pomocnika. Sam klub był bardzo lubiany we Francji. Klub miał sporo problemów finansowych, problemy z Urzędem Skarbowym i klub powoli zaczął się „sypać”. Próbowano zatem go trochę odratować i sprowadzono mnie oraz zawodnika z Paragwaju. Niestety najbardziej znani piłkarze poodchodzili, więc Saint-Etienne stawało się coraz słabszym klubem.

Jak wyglądało przejście to zagranicznego klubu? Czy po zagranicznych wyjazdach z reprezentacją nie zrobiło to na Panu większego wrażenia?

Nie no, robiło wrażenie. Wszędzie, gdzie wyjeżdżałem, zabierałem ze sobą rodzinę i dzieci. Nigdy nie patrzyłem na sprawy finansowe pod takim kątem, by zaoszczędzić choćby jednego dolara czy markę, bo wielu piłkarzy tak patrzyło. Także nie robiłem tak, że jadę sam, bo życie z rodziną będzie kosztowało mnie więcej niż jakbym miał mieszkać samemu. We Francji był inny świat. Gdyby nie kontuzja i operacja pachwiny i brzucha, to bardzo możliwe, że nie wróciłbym do Polski. Francja była pięknym krajem i zapewne zostalibyśmy tam na stałe z żoną. Nie zrobiłem tam jednak furory. Pierwszy sezon był przyzwoity, jednak w drugim doznałem tej kontuzji i przez 8 miesięcy w ogóle nie grałem.

Później przeniósł się Pan do Grecji?

Tak, później była Grecja. Miałem także ofertę z Niemiec. Po odniesionej kontuzji musiałbym pojechać tam na testy do VfB Stuttgart, zaś AE Larissa zaproponowała mi umowę bez żadnych testów. Trener Strejlau zażyczył sobie, żeby mieć mnie w swoim składzie. Wybrałem zatem mniejsze ryzyko, ale i także mniejsze pieniądze. Dodatkowo był tam jeszcze jeden Polak – Krzysiu Adamczyk. Rzadko kiedy zdarza się, żeby rodziny piłkarzy się tak przyjaźniły. Podobnie dobry kontakt miałem z trenerem Strejlauem, który nie tylko ściągał do swoich drużyn Polaków, ale także na nich stawiał. Nawet po kontuzji od razu wstawił mnie do składu, pomimo że Larissa wygrała poprzedni mecz na wyjeździe. Wśród Greków była to sytuacja nie do pomyślenia, bo gdyby przegrał, stałby się pewnie najbardziej znienawidzonym trenerem, który zamiast stawiać na zawodników z Grecji wstawia do składu Kupcewicza z Polski.

Jak wyglądał ten sezon w AE Larissa? Czy ten zespół liczył się w walce o wysokie cele?

Graliśmy w europejskich pucharach, ponieważ sezon wcześniej Larissa zdobyła Puchar Grecji. Odpadliśmy z nich jednak w dwumeczu z Sampdorią. Sezon zakończyliśmy w środku tabeli. Klub zaproponował mi przedłużenie umowy o jeden sezon. Trener Strejlau także chciał, bym został, jednak zrezygnował ostatecznie z posady szkoleniowca Larissy, ze względu na swoje sprawy rodzinne. W jego miejsce przyszedł trener Jacek Gmoch. Zażyczył sobie on szwedzkiego zawodnika, a nie chciał Kupcewicza. Wróciłem do Polski, związałem się z Lechią Gdańsk. Nie żałuję tego ruchu. Grałem u trenera Geszke, a po dwóch sezonach przeniosłem się do tureckiego Adanasporu. Tam także pojechałem z rodziną. Przestrzegano mnie, żebym nie jechał z rodziną, bo to 850 km od Stambułu, że to „dziczyzna”. Jednak bardzo miło zostaliśmy tam przyjęci. Warunki klimatyczne ciężkie, bo w trakcie dnia temperatura oscylowała w okolicach 40 stopni Celsjusza. Niestety dały tam o sobie znać problemy z kręgosłupem.

Najlepszy zawodnik, z jakim grał Pan w jednej drużynie?

Ciężki wybór. Wiele osób zadaje pytanie kto był najlepszym piłkarzem w historii Reprezentacji Polski.

Gdyby miał Pan jednak wybrać jednego, takiego, z którym tworzył Pan najlepszy duet.

Chyba Mirek Okoński w Lechu. Był niesamowity. Mógł przedryblować niemalże każdego. Można było mu podać piłkę i tak naprawdę iść na kawę, bo było wiadomo, że sam rozjedzie całą obronę (śmiech). Wiedział, na czym to polega. Dobrze grało mi się także z Heniem Miłoszewiczem. Lubiłem grać z zawodnikami dobrymi technicznie, albo z zawodnikami dysponującymi dobrą szybkością. Takimi, że są na skrzydle, „rzuci” się im dobrą piłkę, oni dojdą do niej, dobrze ją opanują i zabiorą się z nią.

A najlepszy zawodnik, przeciwko któremu Pan grał?

Arka Gdynia słynęła z zawodników, którzy byli „bandziorami” na boisku. Legia także, grał tam Trzaskowski. Ale poza boiskiem byli bardzo fajnymi osobami. W Lechii byli Gładysz i Puszkarz, bardzo dobrzy gracze. Mecze derbowe jak wiadomo zazwyczaj wyróżniały się ostrą grą, podobnie jak dziś.

Uważa Pan, że wycisnął maksimum ze swojej kariery?

Zawsze pozostaje jakaś rezerwa, zarówno jeżeli chodzi o życie oraz sport.

Ma Pan jakieś niespełnione piłkarskie marzenie?

Z perspektywy czasu myślę, że brakuje mi występu na Igrzyskach Olimpijskich oraz medalu tej imprezy. Przynajmniej do końca życia miałbym zagwarantowaną emeryturę. Co prawda zdobyłem medal Mistrzostw Świata, ale Rząd nie przyznał emerytury za to osiągnięcie.

Jakie ma Pan rady dla młodych zawodników z województwa warmińsko-mazurskiego?

Muszą ciężko pracować. Życzę im aby trafiali na dobrych trenerów, którzy odpowiednio ich poprowadzą. Jeżeli będą mieli ofertę z bardzo dobrego klubu, to żeby z niej skorzystali i podwyższali swoje umiejętności. W Olsztynie nie ma za bardzo sponsorów zaangażowanych w piłkę nożną, a samo miasto nie za bardzo chce budować obiekty piłkarskie, chociaż są tereny, gdzie można pobudować sportowe kompleksy.


Rozmawiali: Mariusz Bojarowski i Emil Wojda.
Fotografie: Archiwum prywatne Janusza Kupcewicza.


PRZECZYTAJ POZOSTAŁE WYWIADY -> TUTAJ