#TuZaczynałem – Adam Zejer

Są zawodnicy, których piłkarskim życiorysem można obdzielić kilka innych osób. Są historie i opowieści, które „wgniatają w fotel”. Tak będzie w tym przypadku – tu zaczynał Adam Zejer!

Wychowanek Stomilu Olsztyn, Mistrz Polski z Zagłębiem Lubin, Mistrz Turcji z Besiktasem Stambuł, Reprezentant Polski. Lewa noga, ponadprzeciętne umiejętności oraz upór w dążeniu do celu pozwoliły mu osiągnąć wiele na piłkarskim szlaku. O osiedlowym graniu, początkach w Stomilu, piłkarskich przyjaźniach, kulisach transferów, trybunach w Stambule, tureckich zwyczajach, grze przeciwko Romario opowiada Adam Zejer.


Gdzie mieszkałeś, będąc dzieckiem? Jak wyglądały Twoje początki z piłką?

Urodziłem się w Olsztynie, mieszkałem w dzielnicy Śródmieście, przy ulicy Mazurskiej. Uczęszczałem do Szkoły Podstawowej nr 3 w klasach 1-5, a na ostatnie trzy lata „podstawówki” przeniosłem się do Szkoły Podstawowej nr 2. Pamiętam, że nie miałem w domu zbyt wielu zabawek. Miałem dokładnie trzy zabawki: trzy piłki. W domu była jeszcze rakietka do tenisa stołowego, ale należała ona w sumie do mojego taty. Praktycznie cały wolny czas spędzało się na podwórku. Gdy tylko wracałem ze szkoły, to jedynie odrabiało się lekcje, ewentualnie robiło jakieś zakupy i szło się na podwórko. Gry w piłkę było w moim dzieciństwie bardzo dużo. Mieliśmy fajną paczkę w klasie, sześciu „zapaleńców”. Do szkoły wychodziłem o 7:15, zaś piętnaście minut później, jeszcze przed zajęciami, graliśmy. Uwielbiałem wręcz moment, kiedy uczniowie wchodzili do szkoły i zatrzymywali się, by zobaczyć nas „w akcji”. Wtedy szalałem na „maksa” można rzec (śmiech). Przez wszystkie lata szkoły podstawowej, spóźniałem się rano na lekcje. Graliśmy w piłkę także na każdej przerwie oraz po zajęciach. Gdy wróciłem do domu, rzucałem teczkę w kąt, robiłem zakupy i szedłem na osiedle grać dalej.

Co było potem?

Po ukończeniu dwunastego roku życia, zapisałem się do klubu Stomil. W Olsztynie funkcjonowały wówczas trzy kluby: Stomil, Warmia oraz Gwardia. Zrobiłem zbiórkę na podwórku, przeprowadziłem pierwszą selekcję. Widziałem, którzy z kolegów z podwórka nadają się do grania, a którzy nie. Na podstawie obserwacji gry chłopaków widziałem, kto z nich da radę dobrze grać. Także wziąłem pięciu czy sześciu i poszliśmy zapisać się do klubu (śmiech).

A na osiedlu gdzie grywaliście w piłkę? W jakie gry piłkarskie graliście?

Graliśmy na podwórkach w okolicy ulicy Mazurskiej. Gdziekolwiek się nie pojawiłem, to było wiadomo, że tam będzie gra. Graliśmy też między drzewami i na asfalcie. To były podwórka, na których nie stały samochody. Jeśli były na nich garaże, to spełniały one funkcję bramek. Byłem sprawny ruchowo, także lubiłem się bawić w chowanego, w berka. Miałem też taki rower, który nie miał sprawnych hamulców i dawałem sobie na nim radę. Jeżdżąc na rowerach zdarzało się nam także grać w piłkę.

Miałeś kiedyś taką sytuację, w której „nabroiłeś”?

Był jeden taki mecz. Graliśmy na podwórku przy ulicy Partyzantów. Grali ze mną starsi chłopcy o jakieś pięć lat ode mnie. Postawili mnie na bramkę ze względu na mój wiek. W związku z tym, że bramkę stanowiły dwa kamienie. Jeden z chłopaków oddał piękne uderzenie, piłka minęła bramkę i stłukła szybę. Wszyscy grający uciekli, zostałem tam tylko ja, ponieważ było mi szkoda piłki. To były piękne czasy. Szyby systematycznie były tłuczone (śmiech).

Kto był Twoim pierwszym trenerem?

W klubie przeprowadzono otwarty nabór do sekcji młodzieżowych. Uczestniczyło w nich około stu dzieciaków, trenerem był wtedy Józef Blank. Niestety 99 z tej setki „pogonił” do domu. Zostałem tylko ja. To była dopiero selekcja! Nawet ja nie byłem już w stanie uratować żadnego kolegi z podwórka (śmiech).

Gdzie to się odbyło?

Nabór był przeprowadzony na boisku przy ulicy Gietkowskiej.

Dlaczego wybrałeś Stomil?

Stomil grał wtedy w III lidze. Warmia grała w lidze okręgowej, podobnie Gwardia Olsztyn. Ponadto chodziłem na mecze Stomilu. Stomil nie miał jeszcze własnego stadionu. Swoje „domowe” mecze rozgrywali na boisku Warmii, także tam chodziłem obserwować grę seniorów. Bardzo byłem tym zafascynowany i wiedziałem, że chcę trafić do Stomilu. Chociaż mój tata chciał zapisać mnie do Gwardii. Robił „podchody” pod to przez trzy lata, zaś ja chciałem iść do Stomilu.

Czemu tata chciał Ciebie zapisać akurat do Gwardii?

Mój ojciec był uzdolniony ruchowo, grał w piłkę nożną, rzucał oszczepem, grał bardzo dobrze w siatkówkę. Chciał mnie zapisać do tej Gwardii, ja chciałem już też trafić do jakiegoś klubu. Często mówiłem mu: „Tato, tato. Chodź, zapiszemy mnie do klubu”. Odwlekał tą decyzję w czasie tak długo, aż poszedłem i zapisałem się do Stomilu. Twierdzę, że dobrze zrobiłem.

Z jakimi drużynami rywalizowaliście w juniorach?

W Olsztynie to była Warmia, była Gwardia, Gwardia Szczytno, Granica Kętrzyn, ogólnie to były drużyny z naszego województwa.

Jak wyglądały wyjazdy na mecze?

Na mecze jeździliśmy autobusem nazywanym „ogórkiem”. Znajdowały się w nim najczęściej dwie ekipy: trampkarza młodszego i trampkarza starszego, czy juniora młodszego z juniorem starszym. Na boisko przeciwnika jechało się w dniu meczu. Dostawaliśmy diety w wysokości czterdziestu złotych. Rozgrywaliśmy dwa spotkania i wracaliśmy do domu.

Pierwsze buty, pierwsza piłka. Pamiętasz?

Korkotrampki, rozmiar 5,5. Pani Maria, która opiekowała się magazynkiem lubiła mnie i zawsze trzymała dla mnie korkotrampki o rozmiarze 5,5. Piłka była biała, miała taką powłokę, dzięki której nie namakała podczas deszczu. Cały sprzęt: korki, piłka, torba za darmo dostawaliśmy z klubu. Obozy także były darmowe, także było super.

Wspomniałeś, że chodziłeś na mecze seniorów Stomilu. Czy wśród tamtych piłkarzy znalazł się taki, któremu grze przyglądałeś się najbardziej?

Na pewno Zbyszek Kubelski. Jego technika, sposób poruszania się po boisku, dokładne, mierzone podania bardzo mi imponowały. Dynamika Jerzego Osowskiego, prawego skrzydłowego też robiła spore wrażenie. Każda jego akcja przeprowadzana była na pełnej szybkości. Troszkę ta piłka nożna odbiegała od tej dzisiejszej, ale te akcje były bardzo dynamiczne i jednocześnie „fajne dla oka”. Nie grało się „do tyłu”, tylko konkretnie, szybko, „do przodu”. Stadion był w pełni wypełniony przez ludzi podczas meczu. Już wtedy wiedziałem, że zostanę piłkarzem.

Co jeszcze pamiętasz z tych czasów w Stomilu?

Pamiętam, że od początku z tej grupy naborowej, z której zostałem tylko ja, u trenera Blanka byłem jedynie na trzech treningach od środy to piątku, a w poniedziałek zostałem przesunięty do trampkarza starszego. Tam trenerem był pan Jan Woźnica. W jego drużynie grałem pół roku i ponieważ nieco szybciej dojrzewałem piłkarsko, trafiłem do grupy juniora młodszego. Grali tam zawodnicy starsi ode mnie o rok.

Kiedy zacząłeś bardziej profesjonalne treningi, to grałeś zawsze w linii pomocy?

Tak, zaczynałem jako lewy pomocnik. Taka naturalna pozycja na boisku, ponieważ byłem graczem lewonożnym, długi okres czasu grałem właśnie tam. Gdy nieco piłkarsko okrzepłem i ograłem się, dojrzano u mnie niezłe dogrania i zostałem przesunięty do środka pomocy.

Czy któryś z chłopaków, z którymi grałeś w drużynach młodzieżowych, zaistniał także w seniorskiej piłce?

Tak, później dołączył do nas Jarek Bako, rok młodszy ode mnie. Miał wspaniałe warunki fizyczne i kiedy ukończył osiemnasty rok życia, przyjechał po niego Jan Tomaszewski i tym samym został sprzedany do ŁKS-u Łódź i zaczął już tam bronić. Wtedy ŁKS grał w I lidze i była to niespotykana sytuacja, bardzo duże osiągnięcie, bo za moich czasów bramkarz musiał być po prostu doświadczony, a Jarek jako młody człowiek już bronił na takim poziomie. Nie będę ukrywał, że trochę mu tego zazdrościłem.

Z kim z drużyny w tamtych czasach przyjaźniłeś się?

Przyjaźniłem się z Kubą Okuszko, który mieszkał bardzo blisko mnie. Także z Darkiem Kołakowskim. Zbieraliśmy się we trójkę i razem chodziliśmy na treningi. Nikt nas nie podwoził na nie, ponieważ nie było tyle samochodów, więc chodziło się pieszo. Na autobus z kolei także nie opłacało się czekać.

Gdzie rozgrywaliście wtedy swoje mecze?

Spotkania były rozgrywane na boisku przy ulicy Gietkowskiej. Tam była najrówniejsza płyta w Olsztynie i to tylko dlatego, że nie rosła tam trawa (śmiech). Leżał tam piach, który został polany wodą, kiedy nie było opadów deszczu.

Czy ktoś z Twojej rodziny był przeciwny, abyś grał zawodowo w piłkę?

Nie. W moim przypadku było wiadome, że ja chciałem zostać piłkarzem. To był mój cel, to było moje marzenie i nikt nie sprzeciwiał się temu. Miałem wsparcie, nawet duże wsparcie można powiedzieć. W związku z tym, że mój tata grał w piłkę i był usportowiony, dawał mi nawet wskazówki, a rozmowy z nim były bardzo przydatne.

Jak w Twoim przypadku wyglądało przejście z drużyn juniorskich do seniorów?

Miałem wtedy 16 lat. Trenerem drugiej drużyny Stomilu był Józef Łobocki, który mnie zawołał podczas jednego z treningów, bym do niego podszedł. Zmierzył mnie, chociaż sam do najwyższych osób nie należał. Mówi do mnie: „Ty mały jesteś. Jutro u mnie”. Zabrał mnie na mecz do Lidzbarka Warmińskiego. Tam zadebiutowałem w seniorach. Wygraliśmy tamten mecz 1:0. Grało mi się wtedy fajnie, więc bardzo miło wspominam tamte chwile.

Miałeś jakiś „chrzest” jako nowy w zespole?

Takie rzeczy miały miejsce. Czy na obozach, czy przed meczami, lecz nigdy nie były to zadania, które wyrządziłyby komukolwiek krzywdę. Symboliczne uderzenie w tyłek.

Kto grał w drużynie seniorów, kiedy do niej dołączyłeś?

W pierwszym zespole był Jasiu Kozakiewicz, Jasiu Machola, Leszek Pawlus, Krzysiek Iwanowski, Marek Bieksza, Bodzio Michalewski, Romek Suwiński, Darek Matusiak, Zbyszek Wojnicki, Marian Mierzejewski, Marek Krzemień. Wprawdzie to była drużyna trzecioligowa, ale „paka” była fajna.

Gdzie graliście mecze, kiedy byłeś już w seniorskiej drużynie?

Graliśmy na nowym wówczas stadionie Stomilu, przy al. Piłsudskiego, który został zbudowany na dożynki w ’78 roku. Nowy obiekt robił w tamtych czasach na nas wszystkich spore wrażenie. Przenieść się z piachu „Gietkowskiej” na zieloną murawę było naprawdę ogromną sprawą.

Pamiętasz jakiś konkretny mecz z tamtych czasów?

Był taki mecz z Wigrami Suwałki. W tym spotkaniu zdobyłem trzy bramki i to właśnie ten mecz zapadł mi najbardziej w pamięć. A dlaczego? Dlatego, że trenerem Wigier był Grzegorz Szerszenowicz, z którym po paru latach spotkałem się w Zagłębiu Lubin. No i dlatego, że zdobyłem te trzy bramki.

Miałeś jakąś ciekawą historyjkę, która Ci się przydarzyła, a niekoniecznie wspominałeś o niej kiedykolwiek?

Jest parę takich historii. Mogę przytoczyć jedną z nich. Ze względu na deszcz bądź inne okoliczności pojechaliśmy na trening do Klewek. Trenowaliśmy z bramkarzami sytuacje „sam na sam” na połowie boiska, trenerem był Józef Łobocki. W bramce stał doświadczony Jasiu Kozakiewicz. Była moja kolej. Udaję, że strzelam lewą nogą, robię zamach, Jasio rzuca się na prawy bok. Ja biorę piłkę „pod siebie”, udaję, że strzelam prawą nogą, Jasio się rzuca na lewy bok i ja z powrotem przełożyłem piłkę na lewą nogę, lecz nie zdążyłem już oddać strzału na bramkę, ponieważ dostałem kopa w tyłek za to, że śmiem „tarzać” doświadczonego bramkarza. Trener bacznie przyglądał się całemu zdarzeniu i kiedy Jasiek „wypłacił” mi tego kopniaka, odwróciłem się w jego stronę, a on… ostentacyjnie odwrócił się plecami do mnie, a przecież tam nikogo ani niczego nie było (śmiech). Wtedy nauczyłem się szacunku do starszych zawodników.

Kiedy odchodziłeś ze Stomilu do Zagłębia Lubin, Stomil znajdował się w III lidze? Jak trafiłeś do Zagłębia?

Moje marzenia były cały czas związane z grą w I lidze, czyli obecnej Ekstraklasie. Łut szczęścia mi pomógł w tym transferze. Obserwował mnie Alojzy Jarguz. Po prostu „wsadził mnie w samochód” i zawiózł do Lubina. Miał tam kontakty, zresztą kto wtedy nie znał w światku piłkarskim Alojzego Jarguza? Była to znana, ceniona postać i to dzięki niemu znalazłem się w Zagłębiu. W rozmowie ze mną powiedział mi, że według jego opinii nadaję się do tego, by grać „wyżej”.

Miałeś tam jakieś testy?

Nie, następnego dnia poszedłem już na trening i po kilku rozmowach podpisałem kontrakt. Przechodząc tam miałem 23 lata, także wiadomo było, że idę tam podpisać kontrakt.

Kto był wówczas trenerem Zagłębia?

Grzegorz Szerszenowicz, który na „dzień dobry” zapytał mnie ile mam lat. Odpowiedziałem, że dwadzieścia trzy, a on na to: „O pięć lat za późno”. Sam byłem lekko zdziwiony, ponieważ gdy był trenerem Wigier, zagrałem przeciwko jemu zespołowi bardzo dobry mecz, o którym wspomniałem wcześniej i myślałem, że może mnie pamięta właśnie z tego spotkania. Wydawało mi się, iż myślał, że w wieku 23 lat już się nie rozwinę piłkarsko, bądź nie dam rady. Do Zagłębia przeszedłem w grudniu 1985 roku. Nie grałem zbyt wiele spotkań w pierwszym sezonie, ale byłem cierpliwy. Po prostu potrzebowałem czasu na aklimatyzację. Ówczesna pierwsza liga była dosyć mocna, ponieważ grali w niej wszyscy najlepsi polscy piłkarze. Za granicę można było wyjechać dopiero na piłkarską emeryturę. Musiałem się z tym wszystkim po prostu oswoić, a na to potrzeba było trochę czasu. W Zagłębiu była zdecydowanie inna futbolowa otoczka w porównaniu z trzecioligową.

Skoro ta liga według Ciebie była taka mocna, to którego zawodnika z polskiej ligi, z którym grałeś w jednym zespole, określiłbyś jako najlepszego?

Zbigniew Szewczyk, który miał warunki fizyczne podobne do moich. Niski, lewonożny gracz, z którym rozumiałem się doskonale. Do tej pory spotykam się z takimi komentarzami, że takiej dwójki jak my po prostu w Zagłębiu nie było, pomimo upływu lat. Później nie spotkałem już na swojej drodze lepszego piłkarsko zawodnika od niego. Może wyróżniłbym jeszcze Daniela Dylusia, jednak Zbysio Szewczyk to był Zbysio Szewczyk i z tym gościem rozumiałem się bez słów.

A z przeciwników w polskiej lidze w tamtych czasach kogo byś wyróżnił?

Było paru tuzów. Pamiętam, że w Pogoni Szczecin grał Adam Kensy, w Lechu Poznań Henryk Miłoszewicz. Dobre warunki fizyczne, lewa noga. Z przyjemnością oglądało się jego grę. W Górniku Wałbrzych występował z kolei Włodzimierz Ciołek, także to byli tacy goście, którzy naprawdę potrafili grać w piłkę, to byli reprezentanci kraju. Miałem zatem od kogo się uczyć na podstawie obserwacji, pomimo że grali oni w innych zespołach.

W Twoim piątym pełnym sezonie w barwach Zagłębia, sięgnęliście po tytuł Mistrza Polski. Z kim wtedy rywalizowaliście o to miano?

Wyprzedziliśmy o cztery punkty Górnik Zabrze oraz Wisłę Kraków. W przedostatniej kolejce graliśmy mecz przeciwko Zawiszy Bydgoszcz. Po piętnastu minutach przegrywaliśmy 0:1, a żeby zdobyć tytuł, musieliśmy ten mecz co najmniej zremisować. Ostatecznie to spotkanie wygraliśmy 2:1 i mogliśmy się cieszyć ze zdobycia Mistrzostwa Polski. Zresztą moje ostatnie trzy sezony, w których grałem dla Zagłębia były super. Wtedy trenerem był Stanisław Świerk, który objął nasz zespół, gdy graliśmy na drugim szczeblu rozgrywkowym w sezonie 1988/1989. Drugą ligę „wciągnęliśmy nosem”. Muszę pochwalić ten klub. Tam, pomimo spadku, nikt się nie załamał, nikt nie spanikował. Pozbyto się starszych zawodników, część wyjechała grać za granicę, dokupiono czterech dobrych piłkarzy: Kudybę, Górę, Wójcika oraz Machaja. Trener Świerk bardzo dobrze poukładał zespół i „w cuglach” wygraliśmy tamte rozgrywki. Następnie awansowaliśmy do I ligi i w drugim sezonie po awansie wygraliśmy pierwszoligowe rozgrywki.

Długo świętowaliście zdobycie Mistrzostwa Polski?

Oj, długo nam to zajęło, bo chyba ze dwa dni (śmiech). Ale było to w pełni normalne. To świętowanie odbyło się raczej we własnym gronie. Nie było żadnych parad z odkrytym autobusem. Muszę powiedzieć, że w swoim gronie czuliśmy się bardzo dobrze, także po każdym meczu było to świętowanie.

Ale już nie dwudniowe?

Nie (śmiech). Jedynie bezpośrednio po meczu, bo wiadomo było, że w niedzielę był odpoczynek, a od poniedziałku już normalny trening.

W Reprezentacji Polski debiutowałeś jako piłkarz Zagłębia.

Tak, udało mi się zagrać w kadrze pięciokrotnie w latach 1987-1991. Zadebiutowałem w kadrze w spotkaniu z NRD. Akurat wtedy byłem „w gazie” i dlatego dostałem powołanie. Selekcjonerem był wówczas Wojciech Łazarek. Mecz odbył się w Lubinie. Wygraliśmy go 2:0. W tym spotkaniu zagrałem 25 minut.

Czy Twoim zdaniem te pięć występów to dużo, czy mało?

Wydaje mi się, że chyba akurat na tyle było mnie stać. Wszystkie mecze, w których zagrałem w kadrze były spotkaniami towarzyskimi. Byłem solidnym ligowcem. Piłkarze grający za granicą nie byli powoływani na te mecze, dzięki czemu mogłem zaliczyć kilka występów.

Jaka atmosfera panowała w Reprezentacji?

Bardzo fajna. Znaliśmy się z polskich boisk, także każdy z szacunkiem podchodził do drugiej osoby. Co prawda rywalizowaliśmy ze sobą, jednak ta rywalizacja odbywała się na normalnych zasadach.

Zdobyte mistrzostwo z Zagłębiem i transfer do Besiktasu.

Tak. Po meczu z Lechem Poznań, który przegraliśmy 0:1, zostałem poproszony do gabinetu trenera Lecha – Jerzego Kopy. Siedział tam już mój trener – Marian Putyra i po krótkim wstępie Jerzy Kopa zapytał mnie, czy jestem zainteresowany transferem do Turcji. Troszkę mnie to zaskoczyło, tym bardziej, że trener Putyra był tuż obok mnie. Ale kiwnął głową twierdząco, że mam śmiało na ten temat rozmawiać. Powiedziałem: „Czemu nie?”. Tym sposobem nawiązałem kontakt i pojechaliśmy tam.

Jak wyglądała podróż?

Akcja potoczyła się dalej. Jerzy Kopa nadał „temat”. Byliśmy w Szwajcarii na obozie z Zagłębiem Lubin i przyjechał po mnie Turek mieszkający w Niemczech, wziął mnie ze sobą na lotnisko i polecieliśmy do Stambułu. Także to były straszne jaja. Nie znałem ani języka angielskiego, ani niemieckiego, tylko polski. Ledwie zdążyłem pożegnać się z chłopakami z drużyny, wziąłem swoją torbę z rzeczami i wyruszyliśmy w podróż. Już wcześniej wiadome było, że będę się stamtąd „ewakuował”. Przylecieliśmy, na lotnisku było sporo osób. Jarek Bako też już tam był, ponieważ Zagłębie sprzedało nas w „pakiecie” i rozpoczęły się rozmowy kontraktowe. W rozmowach towarzyszył mi tłumacz. Razem z Jarkiem zostaliśmy mówiąc delikatnie „skręceni”, ponieważ umawialiśmy się na inną płacę. Oni jednak tę kwotę zbili.

Jak wyglądały pierwsze spotkania z obcokrajowcami w szatni, na treningu, z trenerem po podpisaniu kontraktu?

W związku z tym, że Jarek znał troszeczkę język angielski, ja postanowiłem uczyć się języka tureckiego. Do końca mi się to nie udało, ale parę słów się nauczyłem i byłem w stanie się jakoś dogadać. Pierwsze spotkanie było zaskakujące, bo tam mężczyźni podczas powitania podają sobie ręce i dotykają się policzkami. Byłem zdziwiony takim powitaniem, ale musiałem to zaakceptować. Inny kraj, inna kultura.

Jak wyglądało Twoje pierwsze zetknięcie się z kibicami?

Na stadionie w Stambule szatnie były tak jakby pod ziemią i do nich schodziło się w dół. Nad szatniami były trybuny. Niektórzy kibice byli na stadionie już godzinę przed meczem. Kiedy oni zaczęli tupać i gdy to usłyszeliśmy, to włosy „stawały dęba”. To był mecz pierwszej i drugiej drużyny Besiktasu z okazji otwarcia sezonu. Istnieje taka tradycja, że przed sezonem zabijana jest owca i z jej krwi robi się znak na czole. Ma to przynieść szczęście. Myślałem, że tę krew będziemy pić, ale na całe szczęście robiono tylko te znaki. Dla mnie wielkim szokiem było, że na takim spotkaniu pierwszej i drugiej drużyny jest wypełniony cały stadion.

Kto jest największym rywalem Besiktasu?

Galatasaray, Fenerbahce i Trabzonspor. Pozostałe zespoły były troszeczkę jakby mniej znaczące. Każdy ma swoje ambicje, jednak kibice w całej Turcji są podzieleni na fanów tych czterech ekip. W szoku byłem, bo gdy byłem już piłkarzem Gaziantepsporu, rozgrywaliśmy u siebie mecz z Fenerbahce. Kolorami Gaziantepsporu była czerń i czerwień. Gdy wyszedłem na murawę stadionu ujrzałem widok kibiców ubranych wyłącznie na żółto, czyli w barwach Fenerbahce. Bardzo byłem tym zdziwiony i zapytałem o to trenera, a on powiedział to, o czym wcześniej wspomniałem, czyli podział fanów na kibiców Besiktasu, Galatasaray, Fenerbahce i Trabzonsporu. Zdobyłem w tym meczu bramkę, jednak kibice zbyt mocno jej nie celebrowali.

Z Besiktasem zdobyliście mistrzostwo.

Tak, zagrałem w 12 spotkaniach, także jakąś małą cegiełkę do tego sukcesu dołożyłem.

Dlaczego po sezonie postanowiłeś zmienić klub?

Nie rozumiałem za bardzo swojej roli, czułem się mocny piłkarsko. Moim zdaniem grałem za mało. Dlatego postanowiliśmy się rozstać i trafiłem do Gaziantepsporu, gdzie grałem „od deski do deski”, z tym że to był już zupełnie inny „rozmiar kapelusza”. Najważniejszym celem tam było utrzymanie, co ostatecznie się udało.

Byłeś świadkiem jeszcze dziwniejszych scen od tej z owcą?

Może nie byłem świadkiem podobnych zachowań, ale byłem zdziwiony, gdy z konsulatu zadzwoniła do nas zaprzyjaźniona kobieta, która była żoną pewnego Turka i ostrzegła, żebyśmy nie wychodzili z domu, gdyż istnieje zagrożenie, że może być podłożona bomba pod jakiś samochód. Z takich bardziej specyficznych rzeczy: podczas Ramadanu muzułmanie mogą jeść tylko w określonym czasie i ten posiłek musi im wystarczyć na cały dzień. Myślałem, że przed meczem walą w bębny, aby nas obudzić, byśmy byli niewyspani i nieprzygotowani do meczu, jednak okazało się, że pewien człowiek po prostu informował o tym, że muzułmanie mogą spożyć posiłek. Natomiast, gdy u kobiety wystąpiło krwawienie miesięczne podczas trwania Ramadanu, to niestety musiała ona pościć pięć dni dłużej. W Gaziantepie natomiast spotkałem się z taką oto sytuacją: zostaliśmy zaproszeni przez prezesa na kolację. Podczas jej trwania siedział przy jednym stole z żoną i z… kochanką! Byłem też świadkiem takiej sytuacji, w której drugi trener Gaziantepsporu szedł sobie z papierosem w ustach, a tuż za nim podążała jego żona z dwójką dzieci i… pełnymi torbami zakupów. Powiedziałem do niego: „w Polsce to jest niemożliwe”, on zaś na to: „Adam, tutaj to normalne”.

Gdybyś miał wskazać któregoś z zawodników, z którym grałeś w Turcji w jednej drużynie, to kto by nim był?

Najlepszy był Mehmet Özdilek, nazywany „Schifo”. Środkowy pomocnik, nie za wysoki, dobry drybling, umiejętność gry jeden na jeden. Bardzo dobry zawodnik. W międzyczasie „wyskoczył” taki młody zawodnik – Sergen Yalçın. Został on potem sprzedany do innego tureckiego zespołu za kilka milionów euro. Ogólnie cała drużyna była bardzo silna – przecież to mistrzowie Turcji. Tam było sześciu reprezentantów kraju.

A z rywali?

Był Okan Buruk z Galatasaray, był także Tugay Kerimoğlu również z Galatasaray oraz wielu innych dobrych zawodników.

Po Tureckich wojażach trafiłeś do Niemiec.

Tak, to była drużyna VfL Herzlake, występująca w trzeciej lidze niemieckiej. Trafiłem tam w wieku 30 lat. Chciałem już wrócić do Stomilu. Założyłem sobie taki plan wcześniej, że wrócę do Olsztyna, co ostatecznie mi się udało. Aczkolwiek nie spodziewałem się tego, że w Olsztynie będzie I liga, bo przecież kiedy odchodziłem, to Stomil był w III lidze. Byłem pod wrażeniem. Ale zanim wróciłem do Olsztyna, to pojechałem jeszcze na rok do Niemiec. Totalna amatorka, cztery treningi w tygodniu od 18:00 do 20:00, zaś w weekend mecz. Nie czułem się tam zbyt dobrze.

Potem wróciłeś do Stomilu.

Tak, trenerem wówczas był Bogusław Kaczmarek. To był pierwszy sezon w I lidze Stomilu. Chciałem wrócić, trener mnie chciał, klub także, więc dogadaliśmy się bardzo sprawnie. W tym czasie także moja córka musiała zostać zapisana do szkoły, także wszystko fajnie „zatrybiło”. Po roku trenera Kaczmarka zastąpił Ryszard Polak. U obu szkoleniowców grałem regularnie. W trzecim moim sezonie po powrocie zespół objął Jerzy Masztaler i przestałem grać. Te pierwsze dwa lata będę bardzo fajnie wspominał. Prawie wszyscy gracze, którzy wywalczyli awans, pochodzili z Olsztyna i okolic. Z niektórymi się znałem, niektórych pamiętałem, np. Andrzeja Jankowskiego, Andrzeja Biedrzyckiego, Waldka Ząbeckiego, także nie miałem żadnych problemów z aklimatyzacją. Na szczyt wchodzili wówczas Tomek Sokołowski i Sylwek Czereszewski. W ataku był Czarek Baca, Jasiu Prucheński czy Andrzej Jasiński. Bardzo fajny zespół. Bardzo urzekło mnie to, że na mecze chodziło wiele osób. Było dla kogo grać.

Później jednak odszedłeś ze Stomilu.

Tak, po konflikcie z Jerzym Masztalerem, odszedłem do Warmii Olsztyn, występującej wtedy w III lidze, jednak wywalczyliśmy potem awans do drugiej ligi. Potem grałem dla Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, z którym także awansowałem z trzeciej ligi. Następnie występowałem w barwach Polonii Lidzbark Warmiński. Wygraliśmy wojewódzki puchar, w finale pokonując Granicę Kętrzyn 1:0 po mojej bramce z rzutu wolnego, która była jedną z piękniejszych zdobytych przeze mnie. Z Polonią także wywalczyliśmy awans. Trenerami w Lidzbarku Warmińskim byliśmy Czesław Żukowski i ja, natomiast potem zespół objął Jerzy Budziłek. Po zwycięstwie w pucharze województwa mieliśmy okazję zmierzyć się z Lechią Gdańsk. No i co? Adam Zejer, ponad 30 metrów do bramki i 1:0! Uderzenie lewą nogą, piłka wpadła idealnie. Prowadziliśmy 1:0, jednak ostatecznie ulegliśmy 1:3 i ostatecznie odpadliśmy, ale były emocje. Bardzo mile wspominam ten czas, dobrze się tam czułem. Zresztą mam dobre wspomnienia z każdego z klubów, w którym grałem. Po awansie z Polonią do III ligi, zagrałem w niej rundę jesienną. Na wiosnę zaś, mając 39 lat Stomil ściągnął mnie z powrotem. Cały czas myślałem o tym powrocie i bardzo chciałem go zrealizować. Niestety, wraz ze Stomilem spadliśmy z ligi. Wchodziłem często tylko na końcówki spotkań, natomiast nie daliśmy rady się utrzymać.

Grałeś w europejskich pucharach?

Tak, mam cztery występy. Grałem w Pucharze UEFA jako zawodnik Zagłębia z Bologną, przegraliśmy dwukrotnie 0:1, ale wstydu nie przynieśliśmy. Graliśmy z nimi niemalże jak równy z równym, jednak kluczowe okazało się to doświadczenie Włochów. Wtedy na lewej obronie w drużynie włoskiej grał Antonio Cabrini – Mistrz Świata z 1982 roku, także to była przyjemność grać przeciwko takiemu zawodnikowi. Było także wielu innych, znakomitych piłkarzy. Opowiem może o takiej sytuacji, która wydarzyła się podczas tego dwumeczu. Ścigałem się z dwoma środkowymi obrońcami, miałem piłkę przy lewej nodze, oni „wzięli mnie w kleszcze”. Jeden z nich uderzył mnie łokciem w brzuch. Zgiąłem się w pół, zabrakło mi oddechu, obróciłem się w kierunku arbitra. Rozłożyłem ręce, on także rozłożył ręce i kazał grać dalej. Także te cwaniactwo włoskich zawodników było już wtedy na wysokim poziomie. Pozostałe dwa spotkania zagrałem już w barwach Besiktasu. Mierzyliśmy się z PSV Eindhoven w rozgrywkach Champions League, ze względu na to, że Besiktas zdobył sezon wcześniej Mistrzostwo Turcji. Był to dwumecz, ponieważ wtedy nie było fazy grupowej, tylko od razu była faza play-off. U siebie zremisowaliśmy 1:1, natomiast na wyjeździe przegraliśmy 1:2. W PSV grali wtedy zawodnicy tacy jak: Eric Gerets, Gerald Vanenburg, a przede wszystkim Brazylijczyk Romario – Mistrz Świata z 1994 roku. Patrzyłem na niego z podziwem i szacunkiem. Cztery występy, cztery przyzwoite, pomimo przegranych dwumeczów. Są wspomnienia.

Uważasz, że wycisnąłeś maksimum ze swojej kariery?

Mogłem wycisnąć trochę więcej. Może mam taki charakter, może jestem zbyt pazerny na te puchary, na te medale, ale wydaje mi się, że piłkarz powinien taki być po prostu, żeby cały czas przeć. Nieważne, czy masz 12 lat, 18 czy 30, to musisz mieć parcie na granie, na zdobywanie laurów, bo grać byleby grać, to można iść na podwórko czy na orlik. Jak już grać to „na maksa”, grać o coś i jako trener również mam takie podejście, ponieważ motywuję dzieci, że nie ma bezcelowych gierek. Oczywiście staramy się także wygrywać mecze, ale ważniejsza jest realizacja celu i na razie nieźle to wychodzi, jeżeli bierzemy pod uwagę szczebel naszego województwa.

Czy jakaś szczególna cecha charakteru pozwoliła Tobie zrobić taką karierę?

Upór w dążeniu do celu – to chyba najbardziej mi pomogło. Nie da rady normalną drogą osiągnąć cel, to trzeba szukać drugiej. Czasem szczęście dopomoże, czasem ktoś zauważy. Także pomocna jest myśl, że nie ma przegranych meczów. Jeśli coś złego się przydarzy, to trzeba po prostu wyciągnąć wnioski.

Masz jakieś niespełnione piłkarskie marzenie?

Besiktas. Do tego bym wrócił, bo Turcja to fajny kraj do życia, zainteresowanie futbolem przez media i kibiców jest ogromne. Zabrakło mi tam bycia takim prawdziwym liderem. Byłem wtedy przygotowany na to, by pełnić taką rolę.

Masz jakieś rady dla młodych piłkarzy z naszego regionu?

Przede wszystkim systematyczność w treningu. Nie może być tak, że jest się na treningu w poniedziałek, natomiast w środę i piątek już nie. Upór w dążeniu do celu, żeby także mieć marzenia i chcieć je realizować. Potrzebna jest taka automotywacja, bo trener nie może być takim „poganiaczem lwów, czy tygrysów”, bo nie chodzi o to, by tego dzieciaka ciągle motywować, tylko żeby on sam to robił. Życzę wszystkim młodym adeptom futbolu, aby mieli w sobie taką automotywację, żeby obrali sobie cel i z uporem dążyli do jego osiągnięcia a także, by mieli marzenia oraz byli pracowici, a na pewno ktoś ich zauważy.


Rozmawiali: Mariusz Bojarowski i Emil Wojda.
Fotografie: Archiwum prywatne Adama Zejera, archiwum WMZPN.