#TuZaczynałem – Tomasz Zahorski

Początek lat 90-tych w Barczewie. To tu zaczynał bohater kolejnego wywiadu naszego cyklu.

#TuZaczynałem to seria rozmów o piłkarskich karierach i przygodach z osobami zaczynającymi swoją przygodę na warmińsko-mazurskiej ziemi… Tym razem rozmawialiśmy z zawodnikiem, który dosyć niedawno „zawiesił buty na kołku”. Reprezentant Polski z czasów Leo Beenhakkera. Grał w Stomilu, Górniku Zabrze, Groclinie, Jagiellonii. Poleciał za ocean, żeby z San Antonio Scorpions zdobyć mistrza NASL. Zapraszamy na rozmowę z Tomaszem Zahorskim!

Z racji tego, że Tomek od jakiegoś czasu pracuje dla PZPN jako Specjalista ds. rozwoju piłki amatorskiej, to oprócz częstych wyjazdów przebywa również w swoim biurze… w siedzibie WMZPN. Dlatego na kawę i rozmowę umówiliśmy się u siebie 🙂


 

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z piłką?

Mój tata był piłkarzem. Grał dla Stomilu Olsztyn, gdy klub był w II lidze. Później został trenerem Pisy Barczewo, gdzie już mieszkaliśmy i od młodzieńczych lat zabierał mnie ze sobą na boisko, kiedy tylko zacząłem już kopać piłkę.

Na początku grałeś tylko z tatą?

Kiedy byłem malutkim chłopcem to albo grałem samemu, albo właśnie z tatą. Dopiero kiedy zaczynałem wchodzić w wiek kategorii „skrzat”, miałem dookoła siebie kolegów, z którymi mogłem z boku boiska sobie pokopać. Przechodząc późniejsze kategorie wiekowe ogrywałem się w Barczewie.

Gdzie głównie graliście zanim zacząłeś trenować w klubie?

Mieszkaliśmy w niewielkim mieszkaniu w Barczewie. Nieco później przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. Najczęściej grywałem na płycie boiska stadionu miejskiego w Barczewie, gdzie obecnie trenuje i rozgrywa swoje mecze Pisa. Był to jedyny obiekt w Barczewie w czasach gdy byłem mały i to tam grało się w piłkę. Z biegiem czasu, kiedy troszeczkę dorosłem to na jednym z podwórek, na którym się wychowywałem, graliśmy „na garaże”. Grywaliśmy także na boisku za kościołem, które tak naprawdę sami zrobiliśmy, także gdzie tylko można było to kopaliśmy piłkę. To było boisko trawiaste. Znajdowało się na nim sporo kęp, jednakże środek tego boiska był strasznie wyryty. Jedną bramkę zrobiliśmy kładąc dwie cegły, zaś drugą dwa drzewa. Po kilku latach dopiero udało nam się załatwić przenośną bramkę i postawić ją na naszym boisku. Niekiedy graliśmy także „na plecaki” po zajęciach w szkole. Nie zwracaliśmy uwagi na to, jak boisko wygląda. Najważniejsze było to, żeby grać w piłkę, bo to sprawiało dużą frajdę.

Z kim grałeś na tych boiskach?

Miałem sporo kolegów. Nie były to osoby związane obecnie z piłką nożną. Był mój szwagier, Adam Sturlis, syn wieloletniego prezesa Pisy Barczewo – Janusza Sturlisa, był też Rafał Gałecki wraz ze swoim bratem Łukaszem, Adrian Lewandowski, Adrian Jabłoński, który niestety już nie żyje. Mógłbym długo wymieniać te nazwiska, bo niemalże wszystkie pamiętam. Mieliśmy swoją stałą ekipę na podwórku, ale z upływem lat troszkę to się zmieniało. Czasami bywało tak, że nawet grały z nami dziewczyny, chociaż sporadycznie.

Twoja pierwsza piłka i Twoje pierwsze obuwie piłkarskie. Pamiętasz?

Moimi pierwszymi butami były popularne stomilowskie gumowe korki. Pamiętam, że kiedy miałem około 10-11 lat, to kolega z którym niegdyś grałem jeździł do Kanady, gdzie mieszkali jego rodzice, przywiózł mi skórzane buty, które mało który zawodnik miał. To były z pewnością moje najlepsze buty przez lata młodzieńcze. Miałem także korki stomilowskie w kolorze białym, które były rzadko spotykane, bo większość tego typu korków miało czarny kolor. Dla mnie był to kolejny powód do satysfakcji i te buty dodawały skrzydeł (śmiech). Pierwszej piłki niestety nie kojarzę, lecz kiedy tata był trenerem Pisy Barczewo i do klubu kupowano sprzęt piłkarski to zdarzało się, że czasem przynosił 30-40 nowych napompowanych piłek do domu tuż po ich kupnie. Byłem wtedy siedmio-, bądź ośmioletnim chłopcem i byłem zafascynowany piłką nożną. Do tego stopnia, że gdy kupowałem sobie nowe buty do gry, miałem jakąś nową piłkę czy też właśnie tata przynosił kupione piłki to spałem z nimi. Mój pokój był dosyć spory, więc mogłem rozsypać te piłki dookoła łóżka oraz na nim i sobie z tymi piłeczkami spać (śmiech).

Z wcześniejszych Twoich wypowiedzi wnioskuję, że to Twój tata zabrał Ciebie na pierwszy trening. Kiedy miało to miejsce?

Tak. Pamiętam, że rozgrywaliśmy turnieje w kategorii „orlika” lub „młodzika”. Praktycznie rywalizowaliśmy z tymi samymi drużynami: ze Stomilem Olsztyn, Warmią Olsztyn, Tęczą Biskupiec i Mrągowią Mrągowo. Te turnieje odbywały się naprzemiennie w każdym z miast, z których pochodziły te kluby. Zawsze grałem jako wysunięty napastnik. Grało się wtedy po 6-7 osób w drużynie na skróconym boisku. Ze Stomilem i Warmią toczyliśmy wówczas najcięższe boje. Chcieliśmy pokazać im, że chłopaki z Barczewa są groźni i potrafią grać z nimi jak równy z równym. Osobiście bardzo przeżywałem te spotkania. Udawało się czasem urywać punkty wyżej notowanym zespołom. Wtedy Stomil był dla nas jako młodych chłopaków wielkim klubem i każdy z nas marzył, żeby zagrać kiedykolwiek w ich barwach. W tamtym okresie na tych turniejach strzelałem dosyć sporo goli i po pewnym czasie było zainteresowanie Stomilu moją osobą, bym dołączył do ich grup młodzieżowych. Oczywiście mój tata zawiózł mnie na pierwszy trening do trenerów Czesława Żukowskiego i Waldemara Ząbeckiego. Doktorem w tym zespole był znany w Olsztynie dr Kulpaka. Grało tam jego dwóch synów: Grzesiek i Piotrek. Z tamtych czasów paru chłopaków na różnych szczeblach rozgrywkowych zaistniało i patrząc na to, co ci chłopacy robią obecnie to są osoby, które dosyć fajnie poukładały swoje życie i jest co wspominać.

Kto namówił Ciebie do trenowania?

Dzięki tacie piłka nożna była obecna u mnie cały czas. Wychodziliśmy razem na trening, razem wracaliśmy z niego. Kiedyś sam trening nie ograniczał się tylko do jego odbycia, a w klubie wszyscy byliśmy jak jedna rodzina. Przychodziło się wcześniej, spędzało się ze sobą czas, następnie się trenowało, potem po treningu często bywało tak, że starsi gracze siadali w swoim gronie i dyskutowali na różne tematy, zaś ja, będąc małym chłopcem, plątałem się dookoła nich. Także w domu piłka była tematem numer jeden. Moja mama także uprawiała sport, ponieważ biegała na krótsze i dłuższe dystanse. Zresztą przez sport moi rodzice się poznali. Tata grał na stadionie Gwardii Olsztyn, a mama biegała tam w jakichś zawodach i tam doszło do ich poznania się, także można powiedzieć, że rodzice przekazali mi dobre geny i tak naprawdę nie miałem wyjścia, by robić coś innego niż grać w piłkę albo uprawiać inny sport (śmiech). W szkole brałem udział w różnych biegach, grałem w koszykówkę, miałem dobrą wydolność, odnosiłem mniejsze bądź większe sukcesy w biegach przełajowych, czy też w sztafetach. Nikt generalnie nie musiał mnie namawiać do trenowania, ponieważ złapałem bakcyla od taty, zacząłem się pasjonować futbolem i robiłem wszystko, by móc grać w piłkę.

Kto był Twoim pierwszym trenerem?

Tata właśnie. Jemu zawdzięczam najwięcej, jeżeli chodzi o piłkę nożną, o to, gdzie się znalazłem, gdzie grałem, że miałem w ogóle możliwość zagrać na poziomie reprezentacyjnym czy klubowym, ponieważ kiedyś nie było łatwo. Tata zawoził mnie na treningi na ulicę Warszawską w Olsztynie, gdzie odbywały się treningi na piachu pomieszanym ze żwirem. Po każdym treningu całe kolana i boki były pozdzierane, a z nosa wydmuchiwało się taki pył, jakby pracowało się w jakiejś kopalni, natomiast ta piłka cały czas cieszyła i tata bardzo się dla mnie poświęcił, bo dowoził mnie na ul. Warszawską lub na pętlę autobusową, skąd często jeździłem z Michałem Kraszewskim, który mieszkał na ul. Dworcowej, naprzeciwko tej pętli. Wsiadaliśmy w autobus nr 3, który wiózł nas w stronę Słonecznego Stoku. Kiedy trochę dorosłem nauczyłem się samodzielnie korzystać ze środków komunikacji miejskiej.

Od samego początku byłeś wystawiany w linii ataku? Zawsze byłeś jednym z najwyższych graczy?

Moje warunki fizyczne do pewnego wieku były dosyć średnie. Bodajże do II klasy liceum nie były zadowalające. Dojrzewałem dosyć późno. Do wieku juniora młodszego byłem wątłej postury, szczuplutki i niewysoki, bo mierzyłem nieco ponad 170 cm. Także warunki fizyczne raczej nie były moim atutem. Grając w grupach młodzieżowych, w niektórych okresach odstawałem od innych fizycznie, przez co z moim graniem bywało różnie. Natomiast niemalże od zawsze miałem „zaszczepioną” walkę od rodziców. Miałem także taki charakter. Mama powtarzała mi, że również przez poród stale towarzyszyła mi walka, ponieważ podczas porodu otrzymałem w sumie 1 lub 2 punkty w skali Apgar. Była taka sytuacja, że byłem owinięty pępowiną i miałem niewielkie szanse na to, żeby przeżyć lub też być zdrowym człowiekiem. Po 18 czy 19 latach, kiedy moja mama spotkała przypadkowo lekarza, który odbierał poród lekarz zapytał jej, co się ze mną dzieje. Wówczas, gdy odpowiedziała, że zawodowo gram w piłkę nożną, lekarz był w głębokim szoku, bo jednak wróżył mi duże problemy ze zdrowiem i normalnym funkcjonowaniem. Jakoś się z tego wygrzebałem dzięki właśnie walce i swojej sile. Walka, siła i determinacja od zawsze mi towarzyszyły. Wracając do pierwszej części pytania: grałem głównie w przedniej formacji, najlepiej czułem się jako najbardziej wysunięty gracz. Zdarzało się także, że grywałem tuż za napastnikiem. Lubiłem być przy piłce, sporo widziałem na boisku, lubiłem dogrywać prostopadłe podania do kolegów, ale też sam lubiłem brać udział w akcjach ofensywnych i je kończyć.

Pamiętasz swój pierwszy mecz lub swoją pierwszą bramkę w juniorach?

Jedne z pierwszych bramek, o których sobie przypominam, były zdobywane w tych turniejach rozgrywanych przeciwko Stomilowi, Warmii, Tęczy i Mrągowii. Jakiejś konkretnej bramki nie pamiętam, ale każda strzelona bramka niezwykle mnie cieszyła, zwłaszcza zdobyta przeciwko Stomilowi, bo przeciwko nim bardzo ciężko było trafić do siatki.

Od początku założyłeś sobie, że zostaniesz profesjonalnym piłkarzem?

Nie zakładałem, że będę piłkarzem, lecz było to moim marzeniem. Będąc młodym chłopakiem cały czas pasjonowałem się piłką, ale na pewno nie myślałem, że zrobię karierę, że będę z tego żył i za to się utrzymywał, jednak zawsze na tej piłce mi zależało. Miałem nieco inne podejście do tego sportu. Grałem w piłkę z czystej satysfakcji. Potrzebowałem wysiłku, adrenaliny, rywalizacji, także dojrzewając i wchodząc w poważniejszy wiek zacząłem się zastanawiać, czy zostanę zawodowym piłkarzem i będę mógł zarabiać dzięki temu pieniądze. Oprócz tego starałem się uczyć, ale nie miałem na to zbyt wiele czasu ze względu na treningi i ciągłe dojazdy z Barczewa do Olsztyna i z powrotem. Przyjeżdżałem zmęczony i często po kolacji padałem na łóżko. Udało mi się ukończyć liceum, zdać maturę, co było dla mnie ważne. Wiedziałem, że jeśli nie udałoby mi się utrzymywać z piłki, to musiałbym robić coś innego. Byłem tego świadomy i próbowałem stworzyć sobie dodatkową opcję w ramach niepowodzenia realizacji marzenia o zostaniu profesjonalnym piłkarzem. Poszedłbym na studia związane także z piłką nożną i ewentualnie robić coś powiązanego z futbolem. Nigdy nie byłem „orłem” jeśli chodzi o naukę i mama do tej pory śmieje się i zastanawia jakim cudem zdałem maturę (śmiech). Natomiast byłem na tyle „ogarnięty” życiowo, iż wiedziałem, że matura jest niezwykle potrzebna i nie chciałem całkowicie o niej zapominać.

Z kim przyjaźniłeś się w szatni będąc juniorem?

W Stomilu jedną z najbliższych mi osób był z pewnością Piotrek Kulpaka. Z „Pepim” bardzo się przyjaźniliśmy. Często przyjeżdżałem do niego na Jaroty. Jego rodzice chyba nadal tam mieszkają, także spędzałem czasem u niego noce. On także nierzadko odwiedzał mnie w Barczewie. Przez ten czas w grupach młodzieżowych to była dla mnie osoba najbliższa, z którą najczęściej przebywałem.

Miałeś jakiegoś idola, będąc młodym piłkarzem?

Oczywiście. Moim pierwszym idolem był Roberto Baggio. Włoski napastnik, czasem grający na pozycji ofensywnego pomocnika. On jako pierwszy mnie zainspirował swoją grą, kiedy oglądałem w telewizji Mistrzostwa Świata w 1994 roku. Włosi przegrali po rzutach karnych z Brazylią, a sam Baggio nie wykorzystał „jedenastki”. Z biegiem czasu ci idole się zmieniali, także kolejnym moim ulubieńcem był napastnik AC Milan – Marco van Basten. Te dwie osoby w młodzieńczych latach były dla mnie postaciami, na których się wzorowałem.

Masz jakiś ulubiony zespół z Europy?

Kiedyś był to AC Milan, natomiast dziś nie kibicuje jakiemuś konkretnemu klubowi, natomiast od czasu, kiedy Wojciech Szczęsny trafił do Juventusu patrzę na grę „Starej Damy” i podoba mi się ich styl gry.

Z kim przyjaźniłeś się w późniejszych etapach kariery?

W 2004 roku trafiłem do III-ligowego OKS 1945 Olsztyn. Sądzę, że tutaj jakichś większych przyjaźni nie miałem. Byliśmy fajną, zgraną, dobrą paczką, wzajemnie się szanowaliśmy i wspólnie spędzaliśmy czas. To był także okres, w którym poznałem moją obecną małżonkę Ewę i wtedy pamiętam, że to jej poświęcałem najwięcej czasu. Zakochaliśmy się w sobie strasznie, także poza sobą często nie widzieliśmy świata. Niemalże wszędzie chodziliśmy razem i to właśnie Ewa była moim największym przyjacielem.

Z Olsztyna przeniosłeś się do Grodziska Wielkopolskiego. Zdradzisz nam jakieś kulisy tego transferu?

Kulisy są dosyć ciekawe. Grając dla OKS 1945 zaszliśmy daleko w rozgrywkach Pucharu Polski. Byliśmy w 1/16 finału, gdzie trafiliśmy na Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski. Dyskobolia grała wówczas także w Pucharze UEFA. Wtedy w Grodzisku grali bardzo dobrzy zawodnicy jak Piotrek Rocki, Adrian Sikora, Bartosz Ślusarski, Michał Goliński i wielu innych renomowanych piłkarzy. To był także zespół bardzo, który miał jednak w swoim składzie sporo zaawansowanych wiekowo graczy. Był to dwumecz. Pierwsze spotkanie rozgrywaliśmy w Olsztynie, gdzie padł wynik 1:6, natomiast mi udało się strzelić tą jedną jedyną bramkę dla OKS-u. Drugi mecz w Grodzisku Wielkopolskim gospodarze wygrali 5:0, ale jadąc tam wiedziałem o zainteresowaniu ich moją osobą. Wtedy trenerem Dyskobolii był Dušan Radolský. Po tym dwumeczu zaproszono mnie na testy do klubu na dwa dni. Rozegrałem tam sparing z trzecioligowcem, w którym strzeliłem dwie bramki. Kilka dni później trener Radolský został zwolniony, a jego następcą został Verner Lička, który zaprosił mnie na dwutygodniowe testy. Po tym okresie odbyłem półtoragodzinną rozmowę z trenerem o moim życiu, o mojej osobie i mojej rodzinie z Vernerem Ličką. Był dobrym psychologiem, chciał poznać mnie „od podszewki” i tak doszło do transferu. Sam transfer także był ciekawy, bo mój obecny teść był chyba wtedy już prezesem OKS-u. Wraz z panem Jarguzem i panem Miklasem, z którym od czasu do czasu współpracuję i wspominamy niekiedy tamten okres, stworzyli umowę transferową, dzięki której ponad trzydzieści procent sumy transferowej trafiło na konto Pisy Barczewo. Pisa za te pieniądze mogła pozwolić sobie na renowację głównej płyty i dokupić sprzęt piłkarski.

Czy oprócz tej oferty z Grodziska Wielkopolskiego miałeś jeszcze jakąś inną?

Nie, to była chyba jedyna oferta, która była konkretna, także dosyć szybko do tego transferu doszło. Ja jednocześnie zacząłem studia na OSW, które po pięciu miesiącach musiałem zakończyć i pojechałem do Grodziska. Kiedy tam przyjechałem i zobaczyłem ośrodek treningowy, byłem pod wrażeniem. Na tamte czasy był to jeden z najlepszych ośrodków w Polsce. Nie musiałem o niczym innym myśleć, tylko o grze w piłkę. Obiekty, sama baza była wręcz na europejskim poziomie. Wówczas byłem jednym z najmłodszych zawodników. Do tej pory mam świetny kontakt z Piotrkiem Rockim i Piotrkiem Piechniakiem, ich żonami, dziećmi. Są naszymi przyjaciółmi, pomogli mi w wielu rzeczach. Często wspólnie się spotykamy, także z Dyskobolii wyniosłem bardzo fajne kontakty.

Po Dyskobolii trafiłeś do Górnika Łęczna, a potem do Górnika Zabrze.

Tak, zostałem wypożyczony z Grodziska do Łęcznej na rundę wiosenną sezonu 2006/2007. Po Vernerze Lička przyszedł trener Maciej Skorża, który nie widział mnie w składzie. Twierdził, że potrzebuje gotowego zawodnika do gry i sprowadził Filipa Ivanovskiego z Macedonii. Wraz z Górnikiem Łęczna sportowo obroniliśmy się przed spadkiem. To był dla mnie dobry okres, w lidze strzeliłem 4 bramki, w Pucharze Ekstraklasy dorzuciłem 3 gole. Po tej rundzie pojawiła się oferta z Zabrza oraz z Łodzi od Widzewa. Te dwa kluby starały się przedstawić jak najlepsze oferty dla Dyskobolii. Wtedy pamiętam, że sam Zbigniew Boniek jako jedna z osób działających w Widzewie Łódź zadzwonił do mnie i starał się nakłonić mnie do przejścia tam. Jednakże większe chęci na tamten moment miał Górnik Zabrze, bo oprócz prezesa i dyrektora sportowego w klubie chciał mieć mnie trener Ryszard Wieczorek. Dostawałem od nich mnóstwo telefonów, oni zresztą przebili ofertę Widzewa i tak znalazłem się w Zabrzu. Kwota transferu wyniosła 800 tysięcy złotych. Podpisałem cztero- lub pięcioletni kontrakt.

Zagrałeś w reprezentacji Polski 13 spotkań. Opowiedz, jakie towarzyszyło Ci uczucie, kiedy po raz pierwszy otrzymałeś powołanie do reprezentacji.

Samego powołania się kompletnie nie spodziewałem. Nie strzelałem wtedy seryjnie goli. Przychodząc do Zabrza dostałem olbrzymi kredyt zaufania w klubie i u trenera Wieczorka, bo przez 10 kolejek nie strzeliłem ani jednej bramki, a grałem praktycznie wszystkie mecze od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty. W tamtym momencie Dawid Jarka strzelał sporo bramek i skończył sezon zdobywając jedenaście goli. Do Górnika przychodziły wtedy głównie powołania do młodzieżowych reprezentacji. Trener przyszedł na boisko z tymi powołaniami i powiedział, że ma trzy powołania dla chłopaków do młodzieżowej reprezentacji i dwa do seniorskiej reprezentacji. Całkiem dobrze sobie radziliśmy w tamtym czasie, bo byliśmy w środku tabeli, zaś sezon wcześniej Górnik zakończył rozgrywki na 14. lokacie. Graliśmy wtedy fajnie, widowiskowo dla oka. Ja z kolei nie zdobywałem bramek i nawet przez myśl mi nie przeszło, że to akurat ja dostanę powołanie, mimo że byłem chwalony przez niektóre osoby za moją grę. Oprócz mnie powołanie do seniorskiej reprezentacji otrzymał Konrad Gołoś. To była jedna z chwil w mojej karierze, która zapadła mi najgłębiej w pamięci. Od tego momentu tak naprawdę wszystko się zaczęło, ponieważ potem dostałem powołania na kilka meczy towarzyskich, eliminacyjnych, a następnie na mecze finałów Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Cały okres przygotowawczy, czyli dwa zgrupowania, w których było ponad trzydziestu zawodników, a na same finały mogło pojechać jedynie dwudziestu trzech. Mi akurat udało się znaleźć w tej grupie piłkarzy powołanych na Euro. Dowiedziałem się o tym przez telefon, ponieważ wtedy, gdy selekcjoner Leo Beenhakker ogłaszał na konferencji prasowej powołania, znajdowałem się w banku w Katowicach i podpisywałem umowę kredytową na zakup mieszkania w Gliwicach (śmiech).

Jak wyglądał wasz pobyt w Austrii na Euro?

Dla mnie ten wyjazd był spełnieniem marzeń, zarówno tych z dzieciństwa, jak i tych w późniejszym okresie. Każdy z zawodników grając w piłkę przez pewien czas marzy o tym, by trafić do klubu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej, potem, by zagrać z orzełkiem na piersi i ewentualnie by wyjechać do jakiegoś dobrego klubu na zachodzie. Mi do pewnego momentu to wszystko zaczęło się bardzo fajnie układać i byłem wówczas najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, będąc już na Mistrzostwach Europy. Widząc to, ile środków i narzędzi jest nam poświęconych, przepracowując okres przygotowawczy po to, by móc jak najlepiej w tych mistrzostwach wypaść, można było czuć się wyjątkowo. Mieliśmy doskonały sztab trenerski, z Leo Beenhakkerem na czele, który jest świetnym człowiekiem nie tylko jako trener, ale także w życiu prywatnym. Wydaje mi się, że nie ma takiej osoby wśród tych, którzy mieli okazję z nim współpracować, która powiedziałaby na jego temat złe słowo. Współpracę z Leo Beenhakkerem uznałbym za bardzo fajne doświadczenie. Pierwszy mecz mistrzostw utkwił mi w pamięci. Nie grałem w pierwszych dwóch meczach, wystąpiłem w ostatnim, ale samo siedzenie na ławce rezerwowych na imprezie takiej rangi jak Euro 2008, gdzie na trybunach znajdowało się po 50 tysięcy kibiców lub więcej było ogromnym przeżyciem. Czułem ogromną adrenalinę słuchając przed meczem polskiego hymnu. Sam debiut i wejście na boisko w meczu z Chorwacją to było już takie spełnienie całkowitych marzeń w tak młodym wieku. Trzy lata wcześniej biegałem po trzecioligowych boiskach, a teraz przyszło mi zagrać na Mistrzostwach Europy.

Czy masz jakiś kontakt z kimś z tamtej drużyny?

Najlepszy kontakt mam z Michałem Pazdanem, z którym zaczynałem od tego samego sezonu grać w Górniku Zabrze. Graliśmy tam razem przez 4,5 roku. Najczęściej mieszkaliśmy ze sobą w pokoju podczas zgrupowań w klubie i w kadrze. Zawsze, kiedy się spotykamy z nim i z jego małżonką, wspominamy to, że był niechlujny i niezbyt dbał o porządek w pokoju i musiałem zwracać mu cały czas na to uwagę i uczyć go czystości. Od czasu do czasu jeżdżę do niego na mecze, gdy jestem w Warszawie, spotykamy się i rozmawiamy sobie na różne tematy. Zdarzało mi się, że rozmawiałem także z Euzebiuszem Smolarkiem, bo kiedy byłem jeszcze w Stanach Zjednoczonych, pojawiła się taka możliwość, by „Ebi” trafił do tej samej ligi, w której ja występowałem. Przyleciał do Nowego Jorku, ponieważ miał ofertę z klubu New York Cosmos. Widzieliśmy się także w Polsce, potem rozmawialiśmy przez telefon, gdyż zarówno on jak i ja otrzymaliśmy propozycję zostania Ambasadorami Polskiego Związku Piłkarzy. Kontakt zawodowy i koleżeński mam także niekiedy z Michałem Żewłakowem, który był wówczas kapitanem reprezentacji. Wprowadzał mnie do tej kadry. Pamiętam, że wziął mnie jako kapitan pierwszy raz ze sobą na imprezę, gdzie lepiej mogłem poznać kolegów z reprezentacji. Obecnie jest dyrektorem sportowym w Zagłębiu Lubin. Dzwonię od czasu do czasu do niego, gdy któryś zawodnik z naszego województwa wydaje się wartościowy i chciałbym mu pomóc w dalszym rozwoju.

Czy po Euro 2008 otrzymałeś oferty z jakichś zachodnich klubów?

Przed Mistrzostwami Europy dostałem propozycje od Torino, Anderlechtu i jednego z klubów z Turcji. Oferty z Włoch i Belgii były „na stole”. Jedna z nich opiewała na kwotę 1 miliona, zaś druga na 1,5 miliona Euro, z których nic nie wyszło. Ja dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się o tych ofertach, bo wtedy nie współpracowałem już z agentem, a więc te oferty trafiły bezpośrednio do klubu. Wówczas do Górnika Zabrze wchodził Allianz, który jako główny inwestor nie chciał osłabiać tego klubu, a co więcej wzmacniać go. Po mistrzostwach otrzymałem propozycję z Aten od Panathinaikosu. Przed jednym z meczy w Zabrzu spotkałem się z Krzysztofem Warzychą, który był skautem Panathinaikosu. Ateńczycy obserwowali mnie od jakiegoś czasu. Warzycha chciał zobaczyć mnie przez 45 minut, czy jestem zdrowy i czy potrafię biegać do przodu, bo już wyrobili sobie o mnie zdanie i po prostu chcieli sprawdzić, czy nie mam jakiegoś urazu. Nie zagrałem w tamtym meczu ani minuty. Trenerem Górnika był Henryk Kasperczak, który nie miał przekonania do mojej osoby i wiedząc o tym zainteresowaniu Greków nie wpuścił mnie choćby nawet na jedną minutę, tak więc z czasem ten temat upadł.

Wiosną 2012 roku przeszedłeś do MSV Duisburg. Jakbyś opisał spędzony tam czas?

Sam pobyt był krótki, ponieważ nie trwał on nawet pół roku. Ta propozycja przyszła dosyć nieoczekiwanie. Zdecydowałem się jednak ją przyjąć, ponieważ była ona dla mnie bardzo atrakcyjna głównie pod względem sportowym, ponieważ 2. Bundesliga do dnia dzisiejszego jest bardzo mocną ligą. Długo się nie zastanawiałem, po prostu wsiadłem do samolotu, przeszedłem testy medyczne i podpisałem umowę. Pomimo krótkiego pobytu wyjazd ten traktuję jako dobrą lekcję życiową. Myślałem, że jestem odpowiednio przygotowany przede wszystkim motorycznie i piłkarsko. Jednak można rzec, że brutalnie zderzyłem się z rzeczywistością. W Niemczech piłka nożna jest dużo bardziej profesjonalna i wybiegana niż w Polsce. W rundzie rozegrałem cztery mecze, z czego trzy na pozycji skrzydłowego, gdzie kompletnie nie byłem przygotowany do gry na tej pozycji. Być może w Polsce bym sobie poradził z moją motoryką, lecz tam trzeba było biegać od szesnastki do szesnastki non stop. Kiedy było wiadomo, że Duisburg będzie walczył o utrzymanie, postanowiono zrezygnować z moich usług i zaczęto stawiać na innych zawodników.

Następnym klubem w Twojej karierze była Jagiellonia.

Tak. W tamtym czasie trenerem był Tomek Hajto, z którym grałem w Górniku Zabrze przez półtora roku. Wszystko zaczęło się pechowo, bo w okresie przygotowawczym na Litwie doznałem urazu łąkotki. Potrzebny był zabieg, zszywano mi tą łąkotkę. Nie chciałem jej usuwać, choć gdybym się na to zdecydował, na pewno szybciej wróciłbym do grania, jednak wolałem zachować ją i zszyto mi łąkotkę. Zamiast dwóch czy trzech tygodni rehabilitowałem się trzy miesiące. Wówczas zdrowie było dla mnie najważniejsze. Przez to Jagiellonia musiała sprowadzić kolejnego napastnika – padło na Ebiego Smolarka i tym samym, kiedy wyzdrowiałem, zabrakło już dla mnie miejsca i zimą, pomimo podpisanego kontraktu na dwa lata, po pół roku jego obowiązywania zaproponowano mi jego rozwiązanie. Oczywiście kontrakt rozwiązaliśmy za porozumieniem stron.

Następne pół roku spędziłeś w Zabrzu i wyjechałeś do San Antonio. To dość niecodzienny kierunek.

Trafiłem tam dosyć nieoczekiwanie. Były prezes Górnika Zabrze – Ryszard Szuster zadzwonił do mnie z propozycją, czy chciałbym grać w Stanach Zjednoczonych. Wysłał, w sumie bez mojej zgody, moje CV do różnych klubów. W San Antonio władze zainteresowały się moją osobą i przedstawiono mi kontrakt. Przez parę dni wspólnie z moją żoną zastanawialiśmy się nad tym, czy zdecydować się na taki ruch. W tym czasie mieliśmy już dwoje dzieci, także taka poważna decyzja musiała być podjęta wspólnie, ale zdecydowaliśmy się pojechać i spróbować. Na początku poleciałem sam, a po 2,5 miesiąca, gdy przygotowałem wszystko do przyjazdu mojej rodziny, do USA dotarła żona z dwójką dzieci. Chylę też czoła mojej żonie, bo przeprawa z dwójką małych dzieci przez ocean oraz całe Stany Zjednoczone to naprawdę było nie lada wyzwanie. Dużo osób mnie pytało, jak żyło mi się w Stanach. Powiem tak: nie żałuję tego, że tam pojechałem, ponieważ to była jedna z największych przygód w moim życiu oraz mojej rodziny. Bardzo pozytywnie oceniłbym pobyt w zasadzie w obu klubach, w których tam występowałem. Z San Antonio Scorpions udało się już w pierwszym roku zdobyć mistrzostwo ligi NASL. Nie ma tam oczywiście awansów oraz spadków, ale gdyby tak było, wówczas awansowalibyśmy do najwyższej ligi w USA, czyli Major League Soccer. Niestety mogliśmy się jedynie zadowolić medalem, pucharem i fajnym, złotym sygnetem z kamieniami, który dostaliśmy w nagrodę. Po drugim sezonie w San Antonio przeniosłem się do Charlotte Independence. Uważam, że to dobry kierunek do gry w piłkę oraz życia codziennego. Nie strzeliłem co prawda tylu bramek, ile strzeliłem dla Scorpions, natomiast i w pucharach i w lidze kilka goli udało mi się zdobyć. Miałem możliwość pozostania tam dużo dłużej jako zawodnik i osoba, która zajmowałaby się prowadzeniem grupy młodzieżowej, jednak po trzech latach spędzonych poza Polską zaczęliśmy tęsknić za naszym krajem, za rodziną, bo ciężko byłoby przylecieć do nas komukolwiek z uwagi na wizę i koszty transportu. My z kolei bywaliśmy tylko raz w roku na święta. Po długich debatach doszliśmy wspólnie z rodziną do wniosku, że nadszedł czas na powrót do Polski.

Przed wyjazdem do USA miałeś inne propozycje gry w którymś z polskich lub zagranicznych zespołów?

Było zainteresowanie ze strony Śląska Wrocław, nie pamiętam czy jeszcze jakiś klub o mnie pytał. Wtedy już miałem zaprzyjaźnionego agenta, który szukał mi czegoś fajnego. Nie było wtedy jakichś konkretniejszych propozycji, bym mógł je rozpatrywać. Dostałem szybką i konkretną propozycję od San Antonio Scorpions i ją przyjąłem.

Powrót do Polski. Podpisałeś kontrakt z GKS-em Katowice.

Prowadziłem wtedy także rozmowy ze Stomilem. Byłem nawet na spotkaniu w Olsztynie, niestety nie dogadaliśmy się. Były także inne propozycje głównie z klubów pierwszoligowych, natomiast trafiła się bardzo ciekawa propozycja z Katowic. GKS miał walczyć o awans do Ekstraklasy. W tamtym roku apetyty na awans były bardzo duże. Trenerem był Jerzy Brzęczek, obecny selekcjoner reprezentacji Polski, z którym również grałem w Górniku Zabrze. Pojechałem do Katowic, przeszedłem testy medyczne, odbyłem kilka treningów i podpisałem umowę na pół roku z opcją przedłużenia na kolejny rok lub dwa lata. Niestety również i tam wszystko pechowo się zaczęło, bowiem tydzień przed rozpoczęciem rundy wiosennej zerwałem sobie na testach szybkościowych mięsień dwugłowy uda i przez miesiąc wracałem do zdrowia. Kiedy wróciłem do pełnej sprawności fizycznej zacząłem grać coraz więcej i ostatnie pięć czy siedem kolejek rozegrałem niemalże w pełnym wymiarze czasowym. Była opcja pozostania w Katowicach na dłużej, lecz to się zbiegło z rozmowami ze Stomilem. Przyszedł tam nowy prezes, bardzo zabiegano o to bym wrócił, ja potraktowałem to bardzo sentymentalnie i wróciłem do Olsztyna. Z perspektywy czasu uważam, że ta decyzja była jednak błędna.

Za wcześnie wróciłeś do Stomilu?

Dokładnie, trochę zbyt szybko tu wróciłem. Sporo osób chciało mojego powrotu. Trener Adam Łopatko, z którym teraz zresztą współpracuję, nie szukał takiego typu napastnika, jakim byłem ja. Nie mam jednak do niego o to absolutnie żalu. Zresztą cała sytuacja, jaka miała miejsce w Stomilu też nie powalała na kolana. Problemy organizacyjne nie dawały możliwości, by drużyna dobrze się prezentowała i rozwijała. Także uważam, że głównie pod kątem sportowym to nie był najlepszy ruch z mojej strony. Miałem możliwość pozostania w Katowicach, natomiast po dwóch latach spędzonych w Stomilu zdecydowałem się zakończyć karierę, ze względu zarówno na moją sytuację w klubie, ponieważ mało grałem, tego co się w nim działo oraz propozycją współpracy z PZPN. Cała otoczka i brak mojej regularnej gry w klubie spowodowały, że straciłem apetyt na granie w piłkę.

Uważasz, że wycisnąłeś maksimum ze swojej kariery?

Nie. Patrząc z perspektywy lat trochę inaczej poprowadziłbym swoje życie. Poświęciłbym się piłce dużo bardziej. Kiedyś było nieco mniej możliwości, niż ma to miejsce obecnie. Teraz mamy dużo psychologów sportowych, trenerów mentalnych, którzy potrafią odpowiednio wpłynąć na głowy zwłaszcza tych chłopaków, którzy w krótkim czasie zarabiają coraz większe pieniądze. Uważam, że nigdy mi nie odbiło oczywiście, ale mogłem z siebie wycisnąć dużo więcej, by było jeszcze lepiej. Chodzi mi tutaj głównie o dbanie o siebie i bycie profesjonalistą na boisku i poza nim. Dobre odżywianie się, dodatkowe treningi, poprawianie swoich defektów po to, by unikać kontuzji i stawanie się silniejszym oraz sprawniejszym jest niezwykle ważne.

Masz jakieś niespełnione piłkarskie marzenie?

Tak. Dwa w zasadzie. Miałem takie marzenie, kiedy grałem w Zabrzu, żeby wystąpić w europejskich pucharach lub zdobyć Mistrzostwo Polski. Drugim z nich były występy w silnym, europejskim klubie.

Która cecha charakteru według Ciebie pozwoliła Ci zrobić karierę na poziomie Ekstraklasy?

Wytrwałość. Myślę, że dziś wielu młodym chłopakom brakuje tej wytrwałości. Trzeba po prostu chcieć, bo jak ktoś chce coś osiągnąć i jest w tym wytrwały, to może tego dokonać. Sam talent to jest bardzo mało, bo jeśli ktoś gra na jakimś poziomie w piłkę nożną to jakiś talent musi posiadać.

Masz jakieś rady dla młodych zawodników z naszego regionu?

Rad to mam dużo (śmiech). Młodzi piłkarze powinni być przede wszystkim pokorni. Pokora w pewnym stopniu wiąże się z szacunkiem do drugiej osoby, szacunkiem do wykonywanego zawodu oraz cierpliwością. Wytrwałość, o której wcześniej wspomniałem jest równie ważna. To są takie wskazówki, które pomogły mi i mogą pomóc też młodym osobom. Gdy rozmawiam z trenerami z Ekstraklasy, dyrektorami sportowymi, czy też z moim kolegą z boiska, który teraz jest selekcjonerem to wszyscy wskazują te same cechy, których brakuje zawodnikom, głównie młodym. Pokora, wytrwałość oraz cierpliwość. Młodzi zawodnicy mają zbyt wiele oczekiwań na dzień dzisiejszy, a zbyt mało z siebie dają. Najpierw trzeba dać, a dopiero wtedy można czegoś w zamian oczekiwać. Praca, praca, praca przede wszystkim, a jej efekty prędzej czy później przyjdą.


Rozmawiał: Mariusz Bojarowski
Fotografie: Archiwum prywatne Tomasza Zahorskiego