#TuZaczynałem – Tomasz Lisowski

Z Braniewa do Ekstraklasy i Reprezentacji? Czemu nie! W piłce wszystko jest możliwe, a historia Tomka to doskonały przykład dla wszystkich młodych zawodników i zawodniczek z Warmii i Mazur.

Za bramki służyły drzwi do garażu, a plac gry przypominał literę „L”, na którym trzeba było ominąć piaskownicę. Zaczynał jako napastnik lub środkowy pomocnik. Grając w Polonii Elbląg w jednym sezonie strzelił… 77 bramek. Potem stał się obrońcą. Systematycznie powoływany do młodzieżowych Reprezentacji Polski. Grał w Amice Wronki, Górniku Łęczna, Widzewie Łódź, czy Koronie Kielce. Łącznie w Ekstraklasie wystąpił 134 razy, strzelając 3 bramki. Do pierwszej Reprezentacji Narodowej powołał go Leo Beenhakker. Zapraszamy na rozmowę z Tomaszem Lisowskim w cyklu #TuZaczynałem.


Gdzie rozpoczęła się Twoja przygoda z piłką?

W tamtych czasach grę w piłkę rozpoczynało się na podwórkach. Mieliśmy swoją taką ekipę. Graliśmy mecze blok na blok albo osiedle na osiedle. Nierzadko udawało nam się te mecze wygrywać. To było fajne. Organizowaliśmy tego typu „sparingi”, gdzie zjawiało się dużo dzieci, kolegów, którzy nas oglądali. Mieszkałem na osiedlu Plac Grunwaldu, gdzie do tej pory mieszkają moi rodzice. Boisko wyglądało następująco: dwa drzewa z jednej i dwa drzewa z drugiej strony. Między nimi mieszanka trawy, piasku i dziur. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale wtedy nikt raczej nie doznawał skręcenia nogi. Bramki robiliśmy też z plecaków lub patyków. Trzeba było sobie radzić w ten sposób, żeby po prostu te dwie bramki powstały.

Czy oprócz meczów między osiedlami czy blokami, graliście w gry osiedlowe?

Tak. Często graliśmy w chowanego z piłką, która leżała na środku podwórka. Jedna osoba szukała pozostałych, ale musiała także chronić piłkę, żeby inni się nie „zaklepali”. Graliśmy także w grę, w której trzeba było zdobyć określoną liczbę goli. Bramką były drzwi od garażu. Musieliśmy jednak zmieniać te garaże średnio co 15 minut, ponieważ ich właściciele nas ganiali. Kiedy zdobyło się odpowiednią liczbę bramek, strzelało się piłką w pośladki oddalonego o parę metrów bramkarza, który wpuścił ostatniego gola. W każdej sytuacji jakoś sobie radziliśmy.

Pamiętasz nazwiska kolegów, z którymi grałeś na podwórku?

Na pewno byli Bartek Kundzinowicz i Kornel Piotrowski. Zazwyczaj graliśmy dwóch na dwóch. Któregoś dnia ktoś postanowił ogrodzić metalowymi barierkami chodnik, żeby zasiać trawę, która nie chciała urosnąć i osłonić krzaczki, ponieważ cały czas tam graliśmy. No ale krzaczki długo nie wytrzymały przez nasze granie i przez pieski, które tam też chodziły. To były takie barierki, z których my postanowiliśmy zrobić sobie bramki. Graliśmy dosyć nietypowo, ponieważ bramki i boisko przypominało literę „L”. Kiedy chcieliśmy grać na nieco większym obszarze, to musieliśmy omijać piaskownicę, huśtawki, ślizgawkę. W takich warunkach graliśmy. Przypomniała mi się jedna historia. Chcąc któregoś razu wybić piłkę z całej siły uderzyłem w jeden z metalowych drążków. Miałem nogę w gipsie aż do kolana, ale nie przeszkodziło mi to w dalszym graniu.

Czy oprócz piłki nożnej graliście w inne gry na podwórku?

Graliśmy w siatkówkę przy trzepaku. Ci koledzy, o których wspomniałem wcześniej, grali w siatkówkę w takiej lidze miejskiej. Zdarzyło się, że grywałem z nimi.

Jak trafiłeś do Zatoki Braniewo?

Pierwszym moim trenerem był śp. Czesław Staszczyński. Zauważył mnie na podwórku i zaprosił na trening Zatoki, żebym przyszedł i spróbował swoich sił. Miałem wówczas 7 lat. Klub mieścił się w tym miejscu, gdzie obecnie. Teraz jest boisko trawiaste i sztuczne, a wtedy były dwa boiska – jedno trawiaste, a drugie na takiej ziemistej nawierzchni, na którym niezbyt przyjemnie się grało. Pamiętam trening, podczas którego wiał silny wiatr, który przewrócił bramkę. Na szczęście koledze, który bronił nic się nie stało, choć bramka upadła jakieś 10 cm obok niego. Wówczas nie było aluminiowych bramek, więc siła wiatru musiała być duża. Mało brakowało, by doszło do tragedii. Po tym wydarzeniu zaczęliśmy kłaść bramki, odwracaliśmy i były nieco mniejsze, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Pamiętasz swoje pierwsze piłkarskie buty?

Pierwsze moje buty, w których grałem to korkotrampki. Kolejna historia: mieliśmy nieopodal wybudowany taki tunel, w którym graliśmy, kiedy padał deszcz. Graliśmy w „Króla”, czyli każdy po kolei musiał tak kopnąć, żeby piłka uderzyła w ścianę. A że tam był wylany beton, to może ze dwa dni miałem te buty, bo jak „zaryło się” tym korkotrampkiem, to but nie wytrzymywał i trzeba było kupić nowe (śmiech). Może to nie był jakiś duży wydatek, no ale jednak. Zaś takimi pierwszymi typowo piłkarskimi butami były buty marki „Puma”, które kupił dla mnie tata.

A pierwszą koszulkę piłkarską? Koszulki z jakimi nazwiskami wówczas się nosiło?

Nosiłem koszulki Juventusu – Zinedine’a Zidane’a czy Alessandro Del Piero. Byłem swego czasu zakochany w Reprezentacji Holandii. Grali tam Overmars, Kluivert i wielu innych świetnych piłkarzy. Była to dla mnie drużyna na topie, im kibicowałem i właśnie tej drużyny również miałem koszulki.

Jak wyglądały Twoje pierwsze treningi w klubie? Jak wspominasz ten czas? Czym jeździło się na mecze?

Na mecze jeździliśmy autobusem, jednak śp. Czesław Staszczyński woził nas, czyli zawodników Zatoki „maluchem” na spotkania kadry wojewódzkiej, m.in. do Gdańska i Bydgoszczy, gdzie grały także inne drużyny z naszego makroregionu. My jak takie małe kurczaczki siedzieliśmy w tym „maluchu”, z przodu w bagażniku mieliśmy nasze torby (śmiech). Jechało się parę godzin „maluchem”, wysiadało się i się grało. Nieco więcej pamiętam te czasy, kiedy już odchodziłem z Zatoki. Z Zatoki odszedłem będąc w VI klasie szkoły podstawowej. Na którymś z turniejów lub meczów zauważył mnie trener Polonii Elbląg – pan Disterhoft. Wtedy zacząłem jeździć do Elbląga, gdzie rozgrywałem więcej turniejów.

Na jakiej pozycji grałeś?

Byłem napastnikiem albo środkowym pomocnikiem. Grając w Polonii Elbląg w jednym sezonie strzeliłem… 77 bramek, a Tomek Płachecki chyba 75! Jako cała drużyna strzeliliśmy ponad 210 goli. Tylko, że w tej lidze nie mieliśmy równorzędnego rywala. Raz wygraliśmy 31:0, a ja zdobyłem 11 goli. Jeździliśmy na mecze do Wilcząt, Pasłęka, Ornety.

To opowiedz nam trochę o pobycie w Polonii Elbląg.

Dojeżdżałem z Braniewa 40 kilometrów, 3 razy w tygodniu autobusem na treningi. To było jednak trochę męczące, bo kiedy wszyscy się bawili na podwórku, ja o 20:00 wracałem dopiero z treningu, odrabiałem pracę domową i kładłem się spać. W Polonii było całkiem inaczej, ponieważ tam graliśmy z innymi rywalami. Później już z Polonii Elbląg udało mi się dostać do kadry Pomorza. To też było fajne, bo udało nam się bodajże wygrać ligę i jeździliśmy na Mistrzostwa Polski i inne ciekawe turnieje. Jedyne, co utkwiło mi w pamięci, to taka historia: graliśmy mecz chyba w Starym Polu. Tata zawoził mnie na mecz i powiedział, że jak strzelę trzy bramki, to kupi mi ochraniacze. Przegrywaliśmy 0:3, ale udało nam się „wyciągnąć” wynik na 3:3, a ja zdobyłem te trzy gole. Następnego dnia zgodnie z obietnicą pojechaliśmy po ochraniacze, które co prawda były za duże, ale nie miało to dla mnie znaczenia.

Pamiętasz jeszcze jakąś historię z tych czasów?

Walczyłem o tytuł króla strzelców na którymś z turniejów. Wykonywałem rzut karny. Teraz popularne są taki filmiki z cyklu futbolowe jaja, kiedy bramkarz broni strzał, cieszy się z interwencji, piłka nienaturalnie odbija się od murawy i ostatecznie przekracza linię bramkową. To ja taką bramkę strzeliłem! Zdobyłem jeszcze później jedną bramkę i zostałem królem strzelców (śmiech).

Potem trafiłeś do Stomilu. Co o tym zadecydowało?

Było trochę zawirowania po tych mistrzostwach. Wiem, że tata rozmawiał wówczas m.in. z Adamem Nawałką, który chciał mnie ściągnąć do Wisły Kraków. Był on w tym czasie koordynatorem w tym klubie. Miałem wówczas bodajże 15 lat. Na meczach kadry często pojawiały się osoby, które wypatrywały utalentowanych zawodników. Do Amiki Wronki chciał mnie z kolei sprowadzić Maciej Skorża. Mniej więcej w tym czasie odbywały się egzaminy wstępne do szkoły w Olsztynie. Wszystkie testy sprawnościowe poszły mi bardzo dobrze i stwierdzili, że chcą mnie u siebie. Potem pojechałem na Mistrzostwa Polski i złamałem z przemieszczeniem kostkę, więc ten pierwszy rok w Stomilu wyglądał tak, że troszkę pograłem ale potem chodziłem o kulach.

Jak wspominasz ten czas w Stomilu?

Chodziłem na mecze Stomilu, który wtedy grał w I lidze, czyli dzisiejszej Ekstraklasie. Grzesiek Lech grał wtedy w rezerwach Stomilu, a ja w juniorach. Tam go poznałem, a później spotkaliśmy się ponownie w Koronie Kielce. Pamiętam, kiedy np. Legia Warszawa przyjechała do Olsztyna. To było spore wydarzenie. W Stomilu za długo nie pograłem, ponieważ odniosłem tą kontuzję, o której wspomniałem, a potem odszedłem do Amiki Wronki.

Jak to się stało, że trafiłeś do klubu z Wronek?

Pojechaliśmy z rodzicami na rozmowę z Maciejem Skorżą do oddalonych o 340 km Wronek. Rodzice zapytali mnie, czy na pewno chcę zostać zawodnikiem Amiki. Odpowiedziałem twierdząco, więc oni wrócili do Braniewa, a ja zostałem. Od tamtego momentu szkoła i wszystko inne było dostosowane do moich treningów i meczów.

Jak w Twoim przypadku wyglądało przejście z drużyny juniorów do seniorskiej ekipy?

Bardzo fajnie. Pierwszoligowy zespół jedynie trenował we Wronkach, zaś pozostałe w Popowie, gdzie Amica miała swój ośrodek szkoleniowy. Do Popowa dowożono nas autobusem. Boisk było co nie miara: trenowały tam trzecioligowe rezerwy, juniorzy, trampkarze. Kto się wyróżniał w każdej kategorii, ten piął się w hierarchii.

Pamiętasz swój debiut w I lidze w drużynie Amiki?

Tak, wszedłem za „Grzybka” (Zbigniewa Grzybowskiego – przyp. red.) na ostatnie 11 min meczu. Rywalem był GKS Bełchatów, wygraliśmy 3:1. Grałem jako lewy pomocnik. Za dużo nie pograłem, bo zagrałem ogólnie w sześciu spotkaniach, a potem nastąpiła fuzja z Lechem.

Kto był trenerem pierwszego zespołu Amiki w czasie, kiedy zadebiutowałeś w Ekstraklasie?

Trenerem pierwszego zespołu był już Krzysztof Chrobak. Sezon wcześniej, czyli w sezonie 2004/2005 zagrałem u trenera Macieja Skorży, jednak były to spotkania w Pucharze Polski. Wtedy zaś cały sezon grałem w rezerwach Amiki w III lidze. Niedługo po moim debiucie w pierwszym zespole nastąpiła fuzja Amiki i Lecha.

Kto wówczas grał w pierwszoligowym zespole?

Dariusz Dudka, Marcin Burkhardt, Remek Sobociński, Piotr Dziewicki, Marcin Kikut, Jacek Dembiński i wielu innych. To był naprawdę mocny zespół i fajnie, że mogłem grać w jednej drużynie z takimi zawodnikami.

Jakie masz wrażenia związane z powołaniami na młodzieżową kadrę?

Będąc zawodnikiem Amiki byłem powoływany do młodzieżowej Reprezentacji Polski, którą prowadził Andrzej Zamilski. To właśnie on przekwalifikował mnie na obrońcę. W niej grałem m.in. z Łukaszem Fabiańskim, Łukaszem Piszczkiem czy Adrianem Mierzejewskim. Nie mam zbyt wiele rozegranych spotkań w tych juniorskich reprezentacjach. Częściej bywałem na konsultacjach. Pamiętam, że za każdym razem, kiedy grano nam hymn, przechodziły mnie ciarki. Bardzo fajne uczucie.

Opowiedz nam o Twoim pobycie w Amice.

Z Amiką zdobyłem wicemistrzostwo Polski Juniorów. Na kolejne mistrzostwa wszyscy postanowiliśmy przefarbować włosy. Naszym katem w finałach okazał się… Łukasz Piszczek. Grał wówczas w Gwarku Zabrze. Trener Chrobak sporządził listę zawodników, którzy będą grali w Lechu po fuzji. Trenerem Lecha Poznań był z kolei Franciszek Smuda. Byłem na tej liście. W dniu, w którym miał odbyć się trening Lecha, zadzwonił do mnie Marek Bajor, który wtedy był asystentem trenera Smudy. Oznajmił mi, że jednak nie będę grał w Lechu. Był to trochę taki „policzek” dla mnie jako młodego zawodnika. Ale tak dobrze się złożyło, że Krzysztof Chrobak dostał propozycję z Ekstraklasowego Górnika Łęczna. Zadzwonił do mnie i powiedział, że chce mieć mnie w zespole. Zgodziłem się i trafiłem do Łęcznej.

Jak wspominasz ten czas w Górniku?

Bardzo fajnie. Kameralny stadion, naprawdę nie można było się do niczego przyczepić.

W pierwszym sezonie zagrałeś w 18 meczach i zdobyłeś jedną bramkę. Pamiętasz tego debiutanckiego gola?

Tak, graliśmy z Górnikiem Zabrze na wyjeździe. Wygraliśmy 3:2, a ja zdobyłem decydującą bramkę. Dedykowałem ją mojemu dziadkowi, który niestety przed spotkaniem zmarł. Uderzyłem z linii pola karnego z lewej strony boiska po przyjęciu na klatkę piersiową i odbiciu piłki od ziemi prostym podbiciem w długi róg bramkarza. W następnym meczu w Pucharze Ekstraklasy z Koroną Kielce także zdobyłem bramkę, a wcześniej strzeliłem dwie Widzewowi.

Widzewowi, który później po Ciebie sięgnął?

Tak, Zbigniew Boniek zadzwonił (śmiech). Był wtedy prezesem Widzewa. Poinformował mnie, iż trener Michał Probierz chce mnie w Widzewie. Górnik Łęczna został wtedy niestety zdegradowany do III ligi i tym sposobem zostałem zawodnikiem Widzewa. Do tej pory mam dobry kontakt z trenerem Probierzem i prawie w każdym klubie, który potem prowadził, chciał mnie mieć u siebie w zespole. W Widzewie Łódź była super atmosfera, kibice. Mieliśmy też fajną ekipę. Najpierw sportowo spadliśmy do I ligi. Klub postanowił zatrzymać trzon zespołu. Potem zajęliśmy pierwsze miejsce w I lidze, ale ze względu na udział w korupcji karnie pozostaliśmy w tej lidze. W trzecim sezonie znów zwyciężyliśmy pierwszoligowe rozgrywki i tym razem awansowaliśmy do Ekstraklasy.

Z jakimi zawodnikami grałeś w Widzewie?

Grali wtedy m.in.: Marcin Robak, Jarosław Bieniuk, Ugochuckwu Ukah, Mindaugas Panka, Darvydas Šernas, Łukasz Broź, Łukasz Masłowski, Adrian Budka.

Zagrałeś także w trzech meczach seniorskiej Reprezentacji Polski.

Tak, selekcjonerem był wtedy Leo Beenhakker. To były zgrupowania, na które powołani zostali zawodnicy z polskiej Ekstraklasy i dostawali szansę, by się pokazać. Z Widzewa powołani byli jeszcze Łukasz Broź i Piotr Kuklis. Mówiło się o mnie, że mam szansę otrzymać powołanie na Euro 2008, ale Beenhakker zdecydował się powołać Michała Pazdana. Dwa spotkania były poza terminem FIFA, natomiast trzecie, z Finlandią we Wronach było już meczem oficjalnym. Pamiętam, że przebiegłem w nim ponad 13 kilometrów i pisano o mnie, że jestem „maratończykiem”. Bardzo fajnie się złożyło, że akurat ten mecz odbył się we Wronkach, bo tam kiedyś grałem i to tam zadebiutowałem w Ekstraklasie.

Jak wspominasz Leo Beenhakkera?

Bardzo dużo rzeczy się dzięki niemu nauczyłem. Przykładał wagę do prostych elementów, które były bardzo istotne. Przykładowo zwracał uwagę na którą nogę należy podawać danemu zawodnikowi, by ułatwić mu grę. Wiadomo, że ciężko było skupić się na takich elementach, ale selekcjoner nas tego uczył. Dużo z nami rozmawiał, udzielał dużo wskazówek. Bardzo fajny człowiek.

Stresowałeś się przed debiutem w kadrze?

Tak, na pewno. Pamiętam, że na ten mecz do Wronek również przyjechało sporo osób z Braniewa. Ja stresuje i stresowałem przed każdym moim meczem, nawet teraz jak zdarzy mi się zagrać amatorsko w rozgrywkach Pucharu Polski to też czuję adrenalinę.

Jak to się stało, że trafiłeś do Korony z Widzewa?

Kończył mi się kontrakt w Widzewie. Miałem umowę do końca czerwca 2011 r. Rozmawiałem z Widzewem, trener Czesław Michniewicz dalej widział mnie w zespole, jednak Korona była konkretniejsza i to tam trafiłem. Koronę trenował Marcin Sasal. Do Korony miałem trafić dopiero w lipcu, ale kluby się dogadały i już w styczniu byłem zawodnikiem klubu z Kielc. Korona zapłaciła za mnie jakąś kwotę i od stycznia zostałem jej graczem. Na początku przez kilka dni trenowałem indywidualnie, ponieważ drużyna była na obozie za granicą, a potem dołączyłem do reszty zespołu.

Kto był wtedy w kadrze Korony?

Był Andrzej Niedzielan, Edi Andradina, Paweł Sobolewski, Zbyszek Małkowski, Paweł Golański. Z Pawłem Golańskim rozmawiałem przed transferem do Korony i po rozmowach z nim wywnioskowałem, że w Kielcach będzie mi dobrze.

Jaka panowała atmosfera w klubie?

Przed moim pierwszym pełnym sezonem w Koronie, czyli w sezonie 2011/2012, bardzo wiele osób typowało nas do spadku. Jak się okazało, po pierwszych 9 kolejkach byliśmy liderem tabeli, a pierwsze spotkanie przegraliśmy dopiero w 10 kolejce. Atmosfera była naprawdę dobra, super klimat. Już wtedy trenował nas Leszek Ojrzyński. Była taka sytuacja, że z Pawłem Golańskim wracaliśmy z wakacji z Bułgarii. Jechaliśmy samochodami i rozmawialiśmy przez CB Radio i usłyszeliśmy, że Leszek Ojrzyński został trenerem Korony Kielce. Przyszedł do nas z Zagłębia Sosnowiec, z drugiej ligi. Też kiedyś przychodziłem z niższej ligi i byłem anonimowy, tak samo jemu należało po prostu dać szansę. Na początku przeprowadzał z nami bardzo dużo rozmów i po pierwszych spotkaniach wydawał się bardzo fajnym gościem. Szybko znaleźliśmy wspólny język i do dnia dzisiejszego mam z nim dobry kontakt.

Jak wyglądały jego odprawy przedmeczowe?

Tak naprawdę u niego grałem w głowie mecz dwie godziny przed jego faktycznym rozpoczęciem. Jak o 18:00 rozpoczynał się mecz, to ja już o 16:00 czułem się, jakbym go grał. Niesamowicie potrafił motywować przed meczem. Miał przygotowane takie specjalne filmiki motywacyjne z naszych spotkań z ciekawymi akcjami w naszym wykonaniu. Wychodząc na boisko chcieliśmy „zagryźć” rywali. Od razu, tuż po rozpoczęciu meczu chcieliśmy narzucać swój styl gry.

Który z klubów, w których grałeś w Ekstraklasie najlepiej wspominasz?

W każdym było coś fajnego: grając w Łodzi otrzymałem powołanie do kadry, wziąłem ślub, urodziła mi się córka. W Koronie też był super czas, byłem blisko reprezentacji, ale nie dostałem ostatecznie powołania. Najczęściej na pozycji lewego obrońcy w kadrze grał Jakub Wawrzyniak. Każdy go krytykował, a tak naprawdę robił swoje, grał, był cały czas powoływany, więc należy mu się szacunek. Moim zdaniem był taki moment, gdzie dobrze graliśmy w Kielcach i kilku zawodników Korony mogłoby wtedy dostać jakąś szansę od trenera Franciszka Smudy. Mam na myśli chociażby jakieś konsultacje, a nie mecz oficjalny.

Po Koronie przyszedł czas na Pogoń Szczecin, gdzie rozegrałeś tylko jedną rundę. Dlaczego tak się stało?

Końcówka mojego pobytu w Kielcach nie była zbyt ciekawa. Złapałem kontuzję, zerwałem wiązadła krzyżowe. Szkoda, że w tamtym momencie mi się to przydarzyło, bo czułem, że jestem wówczas „na fali”. Wtedy jakoś nie martwiłem się tym wszystkim, lecz to było już drugi raz, kiedy doznałem takiej kontuzji. Korona nie chciała przedłużyć kontraktu ze mną, więc czekałem na inne propozycje. No i tym sposobem wybrałem Pogoń Szczecin, której trenerem był Dariusz Wdowczyk. Kiedy pojechałem do Szczecina powiedziano mi, że mam nieodbudowany mięsień czworogłowy uda. Ja tego nie czułem. Pogoń bała się podpisać ze mną dłuższą umowę, ale podpisałem ostatecznie roczny kontrakt. Wszystko było fajnie, doszedłem do pełni sprawności i byłem przewidziany w pierwszym składzie na mecz z Lechem Poznań, jednak trener Wdowczyk stwierdził, że będzie lepiej jak zagram w sparingu z rezerwami Pogoni. Kiedy znalazłem się w sytuacji „sam na sam” z bramkarzem podczas meczu drużyny rezerwowej, wszedł on dosyć ostro i „zabrał” mnie ze sobą. Czułem, jakby mi urwał obie nogi. Pomyślałem wtedy, że to już jest koniec. Ale jakoś udało mi się wstać, pobolało mnie, jednak miałem naruszone wiązadła. Byłem taki „nieswój” i po rozmowach stwierdziliśmy, że rozwiążę kontrakt.

Potem ponownie grałeś dla Widzewa. Przeszedłeś tam będąc kontuzjowanym?

Nie, byłem zdrowy. Dogadałem się z Widzewem. Było mi łatwiej tam wrócić, ponieważ miałem w Łodzi własne mieszkanie. Widzew grał wtedy w I lidze. Miałem pomóc drużynie w utrzymaniu, jednak nie udało nam się tego dokonać. Otrzymałem kilka ofert z innych klubów pierwszej ligi i wybrałem Chojniczankę Chojnice.

Co było dalej?

W Chojniczance było fajnie. Przepracowałem okres przygotowawczy, wszystko było w porządku. W pierwszym meczu z Miedzią Legnica doznałem urazu w walce o piłkę. Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że ponownie uszkodziłem wiązadła krzyżowe i nie poddawałem się. Możliwe, że wtedy popełniłem błąd, że nie poddałem się operacji. Postanowiłem grać dalej, jednak okazało się, że „strzeliła” mi łąkotka i zablokowała kolano. Musiałem zatem przejść operację. Nie chciałem za bardzo być operowany. Wycięto mi całkowicie łąkotkę, przez co później moja noga nie była całkowicie zdrowa. Później odezwał się do mnie Leszek Ojrzyński i pytał, co się ze mną dzieje. Powiedział mi o możliwości spróbowania sił w Radomiaku Radom. Wówczas Radomiaka prowadził Verner Licka. Panował tam fajny klimat, lecz po spędzonych tam sześciu miesiącach stwierdziłem, że dalsza gra nie ma sensu, bo ta kontuzja strasznie mi doskwierała. Szkoda, bo jeszcze bym pograł. Może podjąłem kilka złych decyzji, ale nie chcę w to wnikać. Zanim przeszedłem do Pogoni miałem „na stole” kontrakt z Piastem Gliwice, jednak nie podpisałem go, ponieważ kiedyś za lat młodzieńczych postanowiłem, że nie zagram w żadnym klubie na Śląsku, w sumie nie wiem dlaczego.

Czy miałeś kiedykolwiek propozycje z klubów zagranicznych?

Tak. Miałem ofertę z Włoch z Chievo, ale Korona mnie nie puściła. Wstępne rozmowy z menedżerem prowadziły także kluby z Rosji i drugiej ligi hiszpańskiej. Także możliwość wyjazdu za granicę była, ale wówczas dobrze czułem się w Kielcach, więc z tego powodu jakoś nie rozpaczałem.

Miałeś jakiegoś piłkarskiego idola?

Tak, był nim Roberto Carlos. Jego grę lubiłem obserwować.

Jaka cecha charakteru pozwoliła Tobie osiągnąć sukces?

Myślę, że zawziętość. Zawsze kiedy sobie coś postanowię, dążę do tego. Nie byłem nigdy wirtuozem. Byłem z kolei waleczny i nadrabiałem charakterem.

Którego z piłkarzy określiłbyś jako najlepszego, z którym grałeś w jednej drużynie?

Grałem z wieloma dobrymi zawodnikami. Paweł Golański, Aleksandar Vuković, Rafał Murawski, z którym grałem w Pogoni, a obecnie współpracuję, Edi Andradina, Andrzej Niedzielan… Wszyscy oni byli świetnymi zawodnikami.

A z rywali kogo byś wskazał?

Chyba byłby to Danijel Ljuboja. On był taki „nieprzyjemny”. Dał mi się we znaki także Jacek Kiełb, kiedy grał w Lechu Poznań. Nie lubiłem na niego grać, ponieważ nigdy nie wiedziałem, na którą nogę pójdzie. Ciężko było go rozpracować.

Masz jakieś niespełnione piłkarskie marzenie?

Wydaje mi się, że byłem dość blisko wyjazdu na Euro 2008. Każdy piłkarz ma jakieś własne marzenia. Moim był występ z orzełkiem na piersi, co udało mi się dokonać. Kiedy już je zrealizowałem, to marzyłem o występie na wielkim turnieju w reprezentacji.

Czym obecnie zajmuje się Tomasz Lisowski?

Teraz pracuję głównie z dziećmi. Wraz z żoną prowadzimy zajęcia sportowe w przedszkolach. Na dodatek pomagam i prowadzę zajęcia w AG Szkółki Piłkarskie. Jest to fundacja należąca do Rafała Murawskiego. Ponadto jestem pośrednikiem transakcyjnym.

Masz jakieś uprawnienia trenerskie?

Tak, posiadam licencję UEFA B.

Wiążesz przyszłość z trenowaniem zespołów?

Raczej nie. Wolę kogoś reprezentować, porozmawiać z kimś.

Masz jakieś sukcesy na tym polu?

Nie mam jakichś większych sukcesów. Teraz skupiamy się głównie na młodzieży. Do pierwszego zespołu Arki Gdynia dobija się nasz zawodnik – Mateusz Stępień, osiemnastolatek. Patrzymy więc, jak najlepiej poprowadzić tych młodych zawodników. Wiemy, jakie są teraz czasy, jakie pokusy. Pograłem trochę w piłkę, więc mniej więcej wiem, jak można ich pokierować.

Jakie masz rady dla młodych zawodników z naszego województwa, aby dojść tam, gdzie Ty?

Z pewnością muszą cały czas ciężko pracować. Ciężka praca i odrobina szczęścia, żeby po prostu otrzymać szansę, by się pokazać. Teraz zawodnicy mają wszystko do dyspozycji. Nie chciałbym mówić, że mają łatwiej obecnie, bo mają dostęp do internetu, mają rozpisane diety, treningi indywidualne. Mają to szczęście żyć w czasach Leo Messiego, Cristiano Ronaldo czy Roberta Lewandowskiego. Mogą podziwiać ich grę, czerpać wzorce i obserwować jak oni funkcjonują. Często też powtarzam chłopakom w Gdyni, że mogą korzystać z naturalnej odnowy biologicznej jaką jest woda morska, pomimo, że nie jest ona najczystsza. Sam lubię wchodzić do zimnej wody. Dobrze to wpływa na regenerację organizmu.


Rozmawiali: Mariusz Bojarowski i Emil Wojda.
Fotografie: Archiwum prywatne Tomasza Lisowskiego.


PRZECZYTAJ POZOSTAŁE WYWIADY -> TUTAJ