#TuZaczynałem – Jerzy Budziłek

W ekipie #TuZaczynałem brakowało trenera. Daleko nie trzeba było szukać… Nie ma chyba w środowisku piłkarskim na Warmii i Mazurach osoby, która nie zna trenera Jerzego Budziłka!

Jak zaczynał grać w piłkę na mecze jeździło się Nyskami albo Lublinem z plandeką i ławkami. W tych czasach piłeczka „chodziła” dopiero jak boisko przeszło zabieg „szynowania” – do traktora doczepiano szynę kolejową, która wygładzała plac. W 1974 roku zdobył Mistrzostwo Polski Juniorów i w nagrodę pojechał z drużyną na turniej do Genewy, gdzie mierzył się między innymi Tottenhamem Hotspur. Trenował takie kluby jak Stomil Olsztyn, Warmia Olsztyn, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, czy Polonia Lidzbark Warmiński. Zapraszamy na podróż w piłkarsko-trenerski świat Jerzego Budziłka!


Kiedy i gdzie się Pan urodził?

Urodziłem się 4 sierpnia 1953 roku w Czarnem, w województwie pomorskim. Tam jest takie duże więzienie. Mój tata był oficerem i był „ganiany” po poligonach.

Czy to w tej miejscowości zaczął Pan kopać piłkę po raz pierwszy?

Nie, mieszkałem tam jedynie dwa lata. Kolejne dwa spędziłem w Giżycku, zaś potem mieszkałem do 1964 roku w Elblągu. Chodziłem tam do szkoły podstawowej znajdującej się blisko stadionu. Następnie przeprowadziliśmy się z rodzicami do Olsztyna. Edukację kontynuowałem w Szkole Podstawowej nr 11, przy ulicy Jagiellońskiej. Mieszkaliśmy przy ulicy Gietkowskiej, a przecież tam znajdowało się boisko, na którym grał OKS.

Czyli przygoda z piłką zaczęła się w Elblągu – tam zaczął pan grać?

Jedynie na podwórku. Graliśmy z kolegami, nie pamiętam ich personaliów. Grało się blok na blok. Mieszkałem w takim budynku sześciorodzinnym, niedaleko był taki duży blok, a przy nim boisko. Tak jak wspomniałem, jak przeprowadziliśmy się do Olsztyna, to także nieopodal znajdował się stadion. Nie było tak  że każdy miał własną piłkę, jak była jedna na podwórko, to było już super. Graliśmy taką piłką wiązaną sznurkiem, więc gdy dostało się piłką w głowę, zostawał przez dłuższy czas ślad. Gospodarzem obiektu był pan Artung, do którego chodziliśmy po piłkę i graliśmy na piaszczystym boisku blisko kortów, ponieważ nie wpuszczał on nas na płytę główną. Jednak aby dostać piłkę, musieliśmy zawsze coś zrobić. Przykładowo: jeśli on skosił trawę, to my musieliśmy ją zagrabić, wywieźć, itp.

I z kim Pan tam grał?

Grał ze mną m. in.: Zbyszek Kubelski, Andrzej Pacocha, Leszek Pawlus, Leszek Burzynowski. Był taki moment, że w juniorach OKS-u grali prawie wszyscy chłopcy z Gietkowskiej. Byli też starsi chłopcy z ulicy Żeromskiego, tacy troszkę chuligani. Kiedyś nie było pośrednich kategorii wiekowych, tylko po trampkarzu byli od razu juniorzy starsi. Po trampkarzach, kiedy kończyło się 12-13 lat, od razu trafiało się do juniorów, którzy mieli po 18 lat. Ktokolwiek miał z nami grać, to przeciwnik obawiał się, że gdy będzie coś nie po myśli chłopaków z Żeromskiego, to mogą spuścić im łomot (śmiech)!

Kto był Pana pierwszym trenerem?

Moim pierwszym trenerem był Jan Woźnica.

Przeprowadzano wówczas jakiś nabór?

Nie. Graliśmy sobie na podwórku, a on, idąc na trening, obserwował naszą grę. No i najzdolniejszych „wyciągał”. Akurat byliśmy dosyć zdolną ekipą, więc prawie każdego z podwórka brał ze sobą na trening.

Jak wyglądały wasze wyjazdy, mecze u siebie? Z kim rywalizowaliście?

Graliśmy z zespołami z naszego okręgu. Tych zespołów nie było tak dużo, jak ma to miejsce obecnie. Była jedna lub dwie grupy „trampkarza”, jedna grupa juniora. Rywalizowaliśmy bodajże z Gwardią, Warmią, Sokołem Ostróda oraz z drużynami z Iławy, Działdowa i Kętrzyna. Z wyjazdami bywało różnie. Jeździliśmy Nyskami albo Lublinem z plandeką i ławkami. Każdy miał w plecaku kanapki ze sobą. Klub zabezpieczał sprzęt. W obecnym budynku szkoły znajdował się budynek klubowy. Sale wybudowano w 1964 r. Były różne sekcje, tj.: gimnastyka, kajakarstwo, koszykówka, siatkówka, no i oczywiście piłka nożna. Kiedy wybudowano tzw. OZOS (Olsztyński Zakład Opon Samochodowych), objął on patronat nad klubem i odtąd nazywał się OKS OZOS. Polepszyła się sytuacja klubu, na mecze dojeżdżaliśmy już autokarem marki SAN, dostawaliśmy dietę na wyjazdy w kwocie 37,50 zł, także za to można było już coś zjeść.

Kiedy grał Pan w drużynach juniorskich, kto występował w drużynie seniorów?

Za czasów, kiedy byłem trampkarzem, zespół występował w Klasie Okręgowej, zaś gdy byłem już w drużynie juniora starszego, OKS OZOS grał w III lidze. W drużynie seniorów grali wtedy: Romek Popławski, Mietek Wysocki, Sławek Romańczuk, Jurek Kopacz, także było paru zawodników tworzących „trzon” zespołu. Potem do zespołu dokooptowywani byli juniorzy. W rozgrywkach III ligi był obowiązek przebywania na murawie co najmniej przez jedną połowę juniora, więc gdy trafiłem do seniorów najczęściej zmienialiśmy się z Andrzejem Pacochą.

Gdzie chodził Pan do szkoły?

Chodziłem do szkoły podstawowej przy ul. Okrzei. Potem uczyłem się w technikum budowlanym, przy ul. Żołnierskiej.

Po ukończonej szkole budowlanej miał Pan przerwę od nauki?

Tak. Pracowałem wtedy, łącząc pracę z graniem w piłkę.

Na jakiej pozycji na boisku Pan występował?

W formacji 1-4-3-3 grałem jako boczny napastnik, albo jako pomocnik. Miałem predyspozycje szybkościowe, stąd grałem na takich pozycjach.

Pamięta Pan swoje pierwsze piłkarskie buty?

Graliśmy w grudziądzkich korkotrampkach. One były najlepsze do gry, ponieważ na Gietkowskiej były piaszczyste, klepiskowe boiska. Jak trochę popadał deszcz, to robiło się błoto, zaś jak było sucho, to strasznie się kurzyło. Ale zazwyczaj boisko było lekko podlewane, przed treningiem je „szynowano”, czyli do traktora doczepiano szynę kolejową, która wygładzała boisko. Wtedy piłeczka chodziła.

Jak wyglądało to przejście z drużyny juniorów do seniorów?

Ekipę w juniorach mieliśmy moim zdaniem utalentowaną. Trenerem pierwszego zespołu był Aleksander Kupcewicz, który przyłączył paru chłopaków do seniorów i dawał nam szansę gry w III lidze. Jeździliśmy na zgrupowania i po treningu trener podpuszczał nas młodych do dodatkowej pracy, a my to robiliśmy. Po prostu nam się chciało i zależało, żeby doskonalić swoje umiejętności piłkarskie.

Ówczesna III liga była ligą wojewódzką?

Nie, to była już taka międzywojewódzka liga. Rywalizowaliśmy m.in. z ekipami z Łodzi, Warszawy i Białegostoku. Taki makroregion. Pamiętam, że wygraliśmy na Gietkowskiej z Widzewem Łódź 2:0. Dwie bramki zdobył Janusz Adamczyk, junior. Widzew awansował po tamtym sezonie do II ligi, a potem z drugiej do pierwszej. Także mieliśmy przyjemność grać z nimi na klepisku. Byli oni mocno zdziwieni, że przyszło grać im w takich warunkach.

Zdobywał Pan więcej bramek, czy częściej asystował?

Dogrywałem i strzelałem.

Czy któraś bramka szczególnie utkwiła Panu w pamięci?

Niekoniecznie. Chociaż strzeliłem parę goli głową, wysoki jestem (śmiech). Odbyło się to poprzez wyprzedzenie przeciwnika, bądź korzystniejsze ustawienie przy dośrodkowaniu, czy jakieś delikatne przytrzymanie koszulki i sprowadzenie „do parteru”.

Jak wyglądała Pańska przygoda z ekipą seniorów?

Cały czas grałem w OKS-ie, najwyżej w II lidze. Trenował nas Henryk „Burza” Szczepański. Grał kiedyś nawet w Reprezentacji Polski. Cały czas swoje mecze rozgrywaliśmy przy ulicy Gietkowskiej, ponieważ obecny stadion otwarty został na dożynki w 1978 r. Odbywały się tam uroczystości dożynkowe. Potem w III lidze graliśmy na boisku Warmii, po awansie także tam graliśmy. Muszę powiedzieć, że boisko nie było takie, jakie jest teraz. Było ono kępiaste, ale nikt na to nie narzekał. Dookoła boiska była też bieżnia. Przypomniał mi się jeden z treningów, na którym pan Szczepański wypowiedział do nas te słowa: „Jutro na Warmii. Wszyscy mają mieć ze sobą buty, ochraniacze”. Pomyśleliśmy sobie: będzie jakaś gra. My przyszliśmy ze sprzętem, a on kazał nam biegać po bieżni w tych ochraniaczach i butach!

Dużo osób przychodziło wtedy na mecze?

Wszystkie miejsca były zajęte. Cztery, pięć tysięcy. Na drugą ligę tyle przychodziło, a na trzecią już mniej.

A co z Warmią?

Warmia Olsztyn grała wówczas w „okręgówce”.

Panowała taka moda na OKS OZOS?

Tak, zdecydowanie. Było o tyle dobrze, że później seniorzy pracowali w OZOS-ie. Na początku pracowali od godziny 10:00, a potem byli tylko na etatach. Dyrektorem fabryki był pan Leonhard, zagorzały kibic piłkarski i tak naprawdę dzięki niemu powstał ten stadion przy Piłsudskiego. Początkowo miał on zostać wybudowany prawdopodobnie „na Gwardii”, ale że pierwszym sekretarzem był pan Budziński, który wspólnie z panem Leonhardem doprowadził do tego, że stadion dożynkowy powstał pod fabryką opon. W miejscu obecnego stadionu było bajoro i gospodarstwo. Tu był taki fajny numer. Pan Żydecki był sekretarzem w klubie. Zrobiono płytę, a zaraz po dożynkach ją wymieniono, ponieważ padało wtedy i zrobiło się straszne błoto. Pan Leonhard z okna swojego gabinetu miał widok na fragment tej płyty. Nie było bramek. Zadzwonił więc do pana Żydeckiego i mówi: „Bolek, ja się źle czuje, bo bramek nie widzę!”. Bramki nie były wstawione, ponieważ odbywały się te uroczystości. Ale na drugi dzień już znajdowały się na swoim miejscu.

Kiedy zakończył Pan swoją przygodę z piłką?

Wielkiej kariery nie zrobiłem, jednak od zawsze „ciągnęło mnie” do trenowania. W 1976 roku ukończyłem kurs instruktorski, taki podstawowy, a dwa lata później zacząłem pracować z młodzieżą. Co prawda grałem później jeszcze w OKS-ie, ale tylko w „okręgówce”, w drugim zespole. Przestałem grać w piłkę bodajże w wieku 28-29 lat. W tym czasie robiłem uprawnienia do prowadzenia zespołu. Młodzież grała na boisku przy Gietkowskiej, zaś na boisku Warmii grali seniorzy. Powstało wtedy nieco więcej grup młodzieżowych, więc bywały momenty, że na płycie boiska trenowały jednocześnie trzy lub cztery zespoły, szczególnie jesienią, gdy wcześniej zachodziło słońce.

Obecnie jest tak, że trzeba zrobić wiele rzeczy, aby zostać trenerem. Przygotowanie, konferencje, uprawnienia, spełnienie kilku wymagań. Jak to kiedyś wyglądało i gdzie robiło się takie uprawnienia?

Ja skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego w Katowicach. Studiowałem zaocznie, zjazdy odbywały się dwa razy w roku przez dwa tygodnie. Zajęcia mieliśmy w godzinach 8:00 – 20:00, jednak na zaliczenia czy egzaminy trzeba było dodatkowo jeździć. Droga do Katowic była długa, stąd zazwyczaj wykupowałem bilet kolejowy z kuszetką, lecz zawsze spotykało się ciekawe osoby, więc nie spałem w trasie, tylko jadło się pączki i piło się herbatę (śmiech). Mieliśmy fajną grupę: Drzewiecki grał w Ruchu Chorzów, Kosiński w Stali Mielec. W grupie mieliśmy piłkarzy i… dziewięciu szermierzy! Na drugim roku studiów na zajęcia z nami trafił Waldemar Fornalik, grał w Ruchu i ciężko było mu połączyć studia dzienne z grą w piłkę. Dobrze go znam, więc bardzo mu kibicuje. Na AWF-ie zrobiłem uprawnienia trenera drugiej klasy oraz magistra wychowania fizycznego. Rok po studiach zdobyłem uprawnienia trenera klasy pierwszej. W Warszawie odbyły się egzaminy teoretyczne, a w Cetniewie praktyczne. Trzeba było napisać pracę i ją obronić, aby zostać trenerem klasy pierwszej. Wówczas miałem uprawnienia do prowadzenia wszystkich zespołów na dowolnym poziomie rozgrywkowym, jednak po wprowadzeniu licencji „UEFA” utraciłem taką możliwość, a więc postanowiłem zrobić kurs UEFA A, by móc prowadzić zespoły.

Co było dalej, kiedy zdobył Pan tę licencję trenera pierwszej klasy?

Ogólnie pracę zacząłem z rocznikiem 1964 w 1978 r. W tej ekipie byli m.in. Mierzejewski, Dwórznicki, Sender, Burzyński, Szymczak, Olendrzyński, Mrachacz, Reginis. Wygrywaliśmy niemalże wszystkie mecze, nie było na nas mocnych.

W 1974 r. został Pan Mistrzem Polski Juniorów.

Trener Jerzy Masztaler, zanim zacząłem jeszcze przygodę z trenerką, zaproponował mi bycie asystentem. W rzeczywistości jednak pełniłem nieco inną rolę. Fakt, pomagałem trenerowi w treningach, ale głównie organizowałem chłopakom czas wolny. Chłopcy mieli ok. 18 lat, a ja byłem od nich starszy o 3 lata. To właśnie trener Jerzy zaszczepił mi tę chęć do bycia trenerem. Większość z zawodników tej grupy grało później w II lidze w Stomilu. W finale mierzyliśmy się z Szombierkami Bytom. Wygraliśmy 2:0, a dwie bramki strzelił Sławek Masztaler – młodszy brat trenera. Graliśmy wtedy na stadionie Legii, przed finałem Pucharu Polski. Zespół Szombierek był zdecydowanym faworytem. Była taka sytuacja, że telewizja się spóźniła na nasz mecz i przyjechała wówczas przy stanie 1:0 dla nas. Postanowiono zatem nagrać podobną akcję do tej, po której padł gol i powiedzieć, że tak rzeczywiście było. Po zwycięstwie trener Masztaler musiał zgodnie z tradycją wejść do autokaru „na czworaka”. A że do autobusu mieliśmy chyba z kilometr, to trochę musiał przejść. My zaś szliśmy za nim i mu kibicowaliśmy (śmiech). Na stadionie Legii były ławki rezerwowych z takim dachem i gdy strzeliliśmy bramkę, to podskoczyłem z radości i rozciąłem sobie czoło.

Jak świętowaliście mistrzostwo?

Wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy. Potem przyjął nas pierwszy sekretarz partii – pan Leonhard w OZOS-ie. W nagrodę pojechaliśmy na turniej do Genewy w Szwajcarii. Wyjazd ufundował nam Polski Związek Piłki Nożnej. Pojechaliśmy tam pociągiem. Była to bardzo fajna przygoda, mocne ekipy, m.in. Tottenham. Zajęliśmy czwarte lub piąte miejsce na bodajże dwanaście zespołów.

Co było potem?

Tak jak już wspomniałem, zrobiłem kurs instruktora i zacząłem samodzielnie trenować młodzież w 1978 r. Kurs trwał miesiąc, zrobiłem go stacjonarnie. Prowadziłem potem także wielokrotnie juniorską reprezentację województwa, dwukrotnie byliśmy w finałach ogólnopolskich, gdzie kwalifikowało się osiem najlepszych drużyn.

Zdobył Pan także wicemistrzostwo Polski Juniorów w 1986 r.

Wygraliśmy rozgrywki makroregionalne, w których grały drużyny z czterech okręgów i w związku z tym pojechaliśmy na finały. Właśnie w tym okresie studiowałem. Wówczas mi pomagał Józef Łobocki. Byłem nieobecny na dwóch eliminacyjnych meczach i wtedy właśnie zastępował mnie trener Łobocki. Pojechaliśmy na finały, które odbywały się w Piotrkowie Trybunalskim. Wygraliśmy swoją grupę, w której było osiem zespołów. Grały z nami wtedy m.in. Piotrkovia Piotrków czy Błękitni Raciąż. W półfinale trafiliśmy ponownie na Piotrkovię. Sędzia tak „pilnował wyniku” i był nie fair w stosunku do nas, że mecz zakończył się wynikiem 0:0. Mariusz Wiśniewski ś.p., bardzo dobry zawodnik, wbiegł w pole karne, a goniący go obrońca podczas, gdy Mariusz składał się do strzału, kopnął go w twarz. Przewrócił się, a pan sędzia nie odgwizdał faulu, a Wiśniewski nie widział na jedno oko w finale. W karnych wygraliśmy 5:4, graliśmy bez dogrywki. W finale graliśmy z rywalem z makroregionu, czyli Błękitnymi Raciąż. Zespół ten prowadził mój kolega Andrzej Nizielski, z którym grałem kiedyś w Gwardii Olsztyn. Przegraliśmy jednak ten mecz 2:1. Przy stanie 1:1 Mariusz Wiśniewski nie strzelił rzutu karnego. Jakiś miesiąc po finale na konsultację kadry narodowej powołano kilku zawodników od nas i kilku z Raciąża. Co się okazało – dwóch zawodników było w wojsku, czyli w finałach grali oni niezgodnie z regulaminem, byli starsi. Zostaliśmy oszukani. Chcieli zawiesić Andrzeja i odebrać mu uprawnienia, ale sytuacja się załagodziła z czasem. W dzisiejszych czasach drużyna Błękitnych zostałaby zdyskwalifikowana i ukarana. W naszym zespole grali m.in.: Tomek Nowak, Robert Kiłdanowicz, Andrzej Bohdanowicz, Piotr Tyszkiewicz, Marek Maciejewski, Sławomir Serewiś, Dariusz Lisiecki, Waldemar Ząbecki.

Jak toczyły się Pańskie losy trenerskie?

Z rocznikiem 1975 graliśmy w rozgrywkach makroregionu Juniorów, gdzie zajęliśmy drugie miejsce, za Jagiellonią. Do ostatniej kolejki szliśmy z nimi łeb w łeb. Pojechaliśmy potem na mecz z Jagiellonią do Białegostoku na stadion Hetmana. Od razu, na początku meczu, żebyśmy nie mieli żadnych złudzeń na wywiezienie zwycięstwa, sędzia odgwizdał rzut karny dla Jagiellonii. Chwilę później odgwizdał kolejny rzut karny. Przegraliśmy tam ostatecznie 3:0, która po ostatnim spotkaniu miała nad nami dwa punkty przewagi, a że tylko jedna drużyna wychodziła z grupy, tak więc nie pojechaliśmy na ogólnopolskie finały. Potem prowadziłem rezerwy Stomilu, grające w Klasie Okręgowej. Nasz zespół składał się z tzw. „spadów z pierwszego zespołu” oraz zdolnej młodzieży. Następnie kadrowy OZOS-u – Rudnicki, podczas gdy pierwsza drużyna grała w III lidze, powiedział do mnie: „Jurek, obejmiesz pierwszy zespół, ale na razie jako pełniący obowiązki”. Pracując jako tzw. „p.o.” awansowaliśmy do II ligi w sezonie 1990/91. W kolejnym sezonie utrzymaliśmy się w II lidze.

W takim razie jak wyglądał pierwszy sezon w roli pełnoprawnego trenera? Jakie emocje Panu towarzyszyły?

Tak szczerze, to nie miałem żadnego stresu. Na meczach spokojnie, paliłem paczkę papierosów (śmiech). Wtedy jeszcze było to u nas dozwolone. O awans do II ligi biliśmy się z Polonią Warszawa. Przed tym sezonem była reorganizacja rozgrywek, w związku z tym dwa najlepsze zespoły uzyskiwały awans, dlatego też weszliśmy do II ligi, zajmując drugie miejsce.

Czy z tego okresu jakiś konkretny mecz zapadł Panu w pamięć?

Pamiętam mecz w Krakowie, z Cracovią, już w II lidze, rozgrywany na starym stadionie z torem kolarskim. Padał deszcz. Ktoś oddał strzał, a na bramce stał Andrzej Bohdanowicz. Piłka co prawda przeleciała mu przez ręce, ale nie przekroczyła linii bramkowej. Sędzia podszedł kawałek w stronę naszego pola karnego i po kilku sekundach użył gwizdka i wskazał na środek boiska. Gol dla Cracovii. Udało nam się jednak wyrównać, a potem wyjść na jednobramkowe prowadzenie. Dziesięć minut przed końcem sędzia gwiżdże i mówi: „Przerywam mecz, bo za mocno deszcz pada”. A już Cracovię na widelcu mieliśmy. Dodatkowo zostaliśmy ukarani, ponieważ troszkę się tam awanturowaliśmy. Zawodnicy Cracovii odpoczęli i po wznowieniu strasznie na nas ruszyli. Kilka razy piłka przeszła tuż obok słupka, ale ostatecznie dotrwaliśmy bez straty bramki i wygraliśmy 2:1. Graliśmy także na stadionie Stomilu spotkanie z Jagiellonią, które wygraliśmy 1:0. Pamiętam, jak Leszek Roszkiewicz strzelił piękną bramkę, będąc na wysokości słupka, w okolicach dwudziestego metra, „zdjął pajęczynę” z bramki uderzeniem po długim rogu. Redaktor po meczu zapytał mnie: „Jak on to strzelił”, a ja na to, że: „Panie redaktorze, na dziesięć strzałów na treningu, to dziewięć wpada” (śmiech).

Jakie zespoły grały wtedy w II lidze?

Grały tam m.in. Jagiellonia Białystok, Stal Rzeszów, Resovia Rzeszów, Cracovia Kraków, Polonia Warszawa czy Olimpia Elbląg.

Trenował Pan potem Olimpię Olsztynek. Czy przypomina się Panu jakaś sytuacja z tamtego okresu?

Zespół był wówczas w III lidze. W sezonie 1993/1994 zabrakło nam dwóch punktów do utrzymania się w lidze. Był pewien incydent, kiedy to jechaliśmy na spotkanie z jedną z drużyn ze stolicy. Przychodzimy na zbiórkę. W pewnym momencie przejeżdża samochód marki „Star”. Tym samochodem pojechaliśmy na mecz. Strasznie śmierdziało spalinami. Kiedy wjechaliśmy do Warszawy, powiedziałem kierowcy, żeby pod żadnym pozorem nie wjeżdżał na stadion. Zatrzymaliśmy się jakieś pół kilometra od stadionu i poszliśmy na piechotę, żeby nie było wstydu (śmiech).

Następnie była Warmia Olsztyn…

Tak, zacząłem trenować III – ligową Warmię Olsztyn, z którą w sezonie 1996/97 awansowałem do II ligi. To był taki moment, że Stomil grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym, a Warmia i Jeziorak Iława na drugim, a w III lidze mieliśmy 4 zespoły. Ostatni mecz sezonu graliśmy na wyjeździe z Olimpią Warszawa i mieliśmy po tyle samo punktów co Olimpia. Do awansu wystarczył nam remis, ponieważ spotkanie „u siebie” wygraliśmy. Po odprawie w szatni poszedłem w kierunku toalety. Mijałem hol, na którym powieszone były różne zdjęcia. Szukając toalety otworzyłem drzwi i zobaczyłem na stołach mnóstwo szampanów, tortów, ciastek, itp. Pomyślałem sobie: „No ładnie, pewnie będą nas kręcić”. Na stadion przyjechały trzy obsady sędziowskie. Było losowanie, która trójka sędziów poprowadzi ten mecz, w celu uniknięcia oszustwa. W tym meczu prowadziliśmy 1:0 po bramce Zejera, Olimpia wyrównała po uderzeniu z rzutu wolnego, jednak Andrzej Kłosowski zapewnił nam zwycięstwo, zdobywając bramkę cztery minuty po wejściu na boisko. Po uzyskaniu awansu podrzuciłem do góry swoje buty w geście zwycięstwa i… zostawiłem je tam! Do Olsztyna zatem wracałem bez butów. Mało tego, zajechaliśmy autokarem po meczu pod plac przed ratuszem, tak około godziny 23:00. Nasza radość jednak została zakłócona przez stróżów prawa. Pomimo tłumaczeń szefostwa Warmii, które otrzymało zgodę na kilkunastominutowe symboliczne świętowanie, patrole policji uznały naszych piłkarzy za grupę młodocianych osób wszczynających zamieszki. Oczywiście wyjaśniono później całe zajście.

Jak wyglądał ten drugoligowy sezon w Warmii?

W rundzie jesiennej zdobyliśmy 15 punktów. Był trochę taki nieciekawy układ, bo z faworytami większość meczów graliśmy na własnym boisku, a z zespołami będącymi w naszym zasięgu graliśmy spotkania wyjazdowe. Z tymi silnymi drużynami większość spotkań zremisowaliśmy, a na wyjazdach nie szło nam najlepiej. Mieliśmy młody zespół, średnia wieku to niecałe 22 lata. Ta średnia byłaby jeszcze niższa, ale nasz czołowy zawodnik – Adam Zejer trochę tą średnią podnosił (śmiech). To był świetny gracz, to on prowadził naszą grę, dzielił i rządził na boisku.

A druga runda?

W rundzie rewanżowej już nie pracowałem w Warmii. Wiosną Warmia zdobyła kilka punktów i ostatecznie spadła z II ligi.

Co Trener robił po zwolnieniu?

Cztery mecze przed zakończeniem rozgrywek drugoligowych objąłem Świt. Pierwsze spotkanie wygraliśmy. Do klubu przyszedłem w środę, zaś już w sobotę graliśmy mecz. Zwyciężyliśmy z zespołem z Bełchatowa 1:0. Ostatecznie spadliśmy z ligi. Wtedy prezes Szymański dał mi wolną rękę w budowaniu zespołu i przygotowania go do szybkiego awansu do II ligi. Pościągałem zatem paru chłopaków z Olsztyna. To wypaliło, bo awansowaliśmy do II ligi. Odszedłem jednak stamtąd po wywalczeniu awansu.

Co potem?

Dwukrotnie przychodziłem w roli „strażaka” do Stomilu. Potem zaś zostałem trenerem Polonii Lidzbark Warmiński. W sezonie 2000/2001 awansowaliśmy do III ligi i zdobyliśmy Wojewódzki Puchar Polski.

Jak wspomina Trener ten czas spędzony w Polonii?

Bardzo miło. Kiedy już awansowaliśmy ligę wyżej, działacze zastanawiali się, czy przystąpić w ogóle do rozgrywek trzecioligowych ze względów organizacyjnych i finansowych. Boisko zostało lekko zmodernizowane. Ustalono jednak, że zagramy w III lidze. Po pierwszych pięciu czy sześciu kolejkach byliśmy na czele ligowej tabeli. Potem mieliśmy spore braki kadrowe, co przełożyło się na naszą dyspozycję. Mieliśmy wąską kadrę, ale byli to bardzo ciekawi zawodnicy. W przerwie zimowej paru zawodników nam „wyciągnęli”, m.in. Adama Zejera czy Sławka Przybylińskiego. W naszym zespole byli m.in. Przemysław Łatacz, Maciej Stryżko, Leszek Król, czy Daniel Borucki, który nadal służy w wojsku. Pozdrawiam go serdecznie! Andrzej Duda był wówczas kierownikiem zespołu. Ludzie i działacze byli bardzo fajni.

Po wywalczeniu Wojewódzkiego Pucharu Polski graliście na szczeblu centralnym z Lechią Gdańsk.

Prowadziliśmy 1:0 po pięknym strzale z dystansu Adama Zejera. Przegraliśmy jednak ostatecznie 1:4. Po awansie od razu spadliśmy z ligi, niewiele w sumie brakowało do utrzymania. Dodatkowo mieliśmy problemy kadrowe. Na jedno ze spotkań pojechaliśmy „gołą jedenastką” z tylko jednym rezerwowym. W tej dwunastce było dwóch bramkarzy i jako napastnik w tym meczu wpuściłem… bramkarza! Dwukrotnie po jego strzałach głową zagroziliśmy rywalom. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 0:0. Trener gospodarzy w przerwie pytał mnie, skąd mamy takiego dobrego napastnika (śmiech). Odpowiedziałem mu: „Słuchaj, trzeba cały czas szukać, penetrować rynek”. Mecz zakończył się naszą porażką 0:1.

Co działo się z Panem po zakończeniu współpracy z Polonią?

Wróciłem do Stomilu, który grał w II lidze. Grały tam zespoły takie jak GKS Bełchatów, Arka Gdynia, ŁKS Łódź czy Stal Stalowa Wola. Popracowałem tam niecałe pół roku. Następnie zostałem trenerem czwartoligowego Motoru Lubawa jednocześnie pracując w Gimnazjalnym Ośrodku Szkolenia Sportowego Młodzieży w Piłce Nożnej. Przez chwilę w roli „strażaka” dwukrotnie prowadziłem zespół Stomilu w 2008 i 2009 r.

Podsumowując pracę trenerską – proszę wskazać najważniejszy, najbardziej zacięty mecz, który zapadł Panu w pamięci.

Oj, ciężko powiedzieć, ponieważ takich meczów trochę się uzbierało. W sezonie 1991/1992, czyli po awansie do drugiej ligi spotkania z Błękitnymi Kielce oraz mecz Siarką Tarnobrzeg, gdzie do końca sezonu pozostało kilka kolejek, a drużyna z Tarnobrzegu już wtedy miała niemalże zapewniony awans. Udało nam się wywieźć z tego terenu 1 punkt po remisie 1:1. Wracaliśmy stamtąd, chłopcy mieli przy sobie takie tranzystory radiowe, gdzie podawali wyniki innych spotkań i okazało się, że utrzymaliśmy się w II lidze. Radość po tym była ogromna. Był też taki dwumecz barażowy, kiedy przebywałem w Olimpii Olsztynek. Były to spotkania barażowe o awans do III ligi z drużyną z Ciechanowa, Mazovią. W pierwszym meczu zremisowaliśmy na wyjeździe, bodajże 0:0, a w rewanżu zaś wygraliśmy 2:1 i to my awansowaliśmy do III ligi.

Kilka awansów Pan zrobił. Jakie to uczucie dla trenera, kiedy po ciężkiej pracy przychodzi nagroda w postaci awansu?

Akurat ja jakoś zbyt mocno tego nie przeżywałem (śmiech). Zadowolenie z pewnością było, ale nie takie, żeby jakoś szaleć z euforii. Raczej na spokojnie to wszystko się odbywało. Spełnienie obowiązku po prostu.

Jak według Pana powinna wyglądać praca trenera, by mógł walczyć o jak najwyższe miejsca i kolejne awanse?

Trzeba po prostu pracować. Istnieją takie elementy jak: właściwa praca treningowa, atmosfera w szatni i nie podpadać sędziom. Nie będę poruszał już elementów organizacyjnych, bo to wszystko jest zależne od tego gdzie się pracuje, ponieważ organizacja klubów jest na różnych poziomach.

Jakim trenerem był trener Budziłek? Dawał w kość, motywował odpowiednio w szatni?

Motywowanie to teraz takie popularne określenie. Wcześniej zagrzewało się do walki. Potem na popularności zyskiwały tego typu naukowe określenia. Najważniejszy dla mnie jest dobry kontakt z piłkarzami, wzajemne relacje. Nie byłem żadnym katem ani despotą, prowadziłem zespół na przyjacielskich relacjach. To, co mieli zrobić, to zrobili. Wyznawałem zasadę: jest czas na pracę i jest czas na odpoczynek. Jakoś to funkcjonowało i przynosiło efekty.

Który element pracy jako trener określiłby Pan jako ten najlepszy? Czy to były same treningi, wyjście z piłkarzami na boisko, wyszukiwanie piłkarzy do zespołu, zagrzewanie do walki?

Z pewnością treningi. Do każdego z nich trzeba było się przygotować i jeżeli podczas jego trwania wszystko idzie zgodnie z planem, wówczas jest to zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Zawodnicy bardzo często oceniają pracę trenera. Kiedy przychodzi się nieprzygotowanym, to od razu to wyczują. Ważnym elementem jest odprawa przedmeczowa. Aktualnie w modzie są analizy wideo. Kiedyś co prawda nagrywaliśmy mecze w naszym wykonaniu, ale nie analizowaliśmy tego jak gra przeciwnik. Skupialiśmy się na doskonaleniu własnej gry i wykonywaniu założeń. Jedyne informacje o tym jak gra przeciwnik pozyskiwało się od kolegów lub też z prasy. Tak to działało.

Jaka była najmocniejsza drużyna, z jaką przyszło Panu się zmierzyć?

Zdecydowanie Legia Warszawa.

Najbardziej sromotna porażka?

Z Błękitnymi Kielce 0:4 na wyjeździe.

Jak to się stało, że podjął Pan współpracę ze związkiem? Jaką grupą wiekową Pan się wówczas zajmował?

Prezesem WMZPN był wtedy Kazimierz Fiedorowicz. Istniała jedna reprezentacja województwa, czyli generalnie junior. Nie było podziału na juniora i juniora młodszego. Jeździliśmy na finały ogólnopolskie. W jednym z nich po dwóch spotkaniach mieliśmy komplet punktów. Aby awansować do finału w ostatnim meczu grupowym wystarczył nam remis. Nie pamiętam dokładnie przeciwko komu graliśmy, ale pamiętam, że były obfite opady deszczu. Mieliśmy w tym spotkaniu dwie stuprocentowe sytuacje, których nie wykorzystaliśmy, zaś rywale w końcówce zdobyli bramkę i zamiast grać o złoto, graliśmy jedynie o piąte miejsce. Praca przy kadrze województwa to raczej takie procesy selekcyjne. Robiliśmy konsultacje szkoleniowe na podstawie opinii klubowych trenerów. Do tego jeździliśmy na mecze i na bazie tego wybieraliśmy zawodników do kadry. Budowało się ekipę, grało się w rozgrywkach makroregionalnych czy eliminacje, różnie to bywało. Kiedy powstał ośrodek, mieliśmy o tyle ułatwione zadanie, że mniej więcej 80% zawodników kadry uczęszczało do szkoły sportowej. Wówczas były już cztery roczniki kadrowe. Zdobywaliśmy wtedy medale, regularnie grając w finałach ogólnopolskich. Wielu zawodników kadr w późniejszej fazie grało potem w seniorskich zespołach.

Od kiedy zaczął Pan pracować w szkole?

Pracę w GOSSM zacząłem w 2004 roku, kiedy to powstał ośrodek. Pierwszym rocznikiem był rocznik 1991 r. Miałem w niej takich zawodników tj. Daniel Łukasik, Filip Kurto, Piotr Głowacki. Potem prowadziłem rocznik 1994, następnie 1997, 2000 i 2003. Jako, że przestały istnieć gimnazja, PZPN postanowił rozwiązać tego typu ośrodki szkolenia. Dla nas to jest tragedia. Wcześniej istniały także ośrodki licealne, które zostały zamknięte nieco szybciej.

Co zatem dalej?

Byliśmy przygotowani do tej decyzji. W szkole utworzyliśmy klasy piłkarskie: IV, V, VII i VIII, ponieważ mieliśmy lukę po VI klasie szkoły podstawowej. Od zeszłego roku mamy klasy od IV do VIII, z tym że mamy po dwie klasy VI i VII w Szkole Podstawowej nr 5. Kontynuacja jest w 10. Liceum Mistrzostwa Sportowego i tam istnieją klasy od I do III, z tym że są 2 klasy I – jedna po VIII klasie szkoły podstawowej, a druga po gimnazjum. Zatem pozdrawiamy wszystkie osoby w wymienionych szkołach i zachęcamy do naboru do tychże szkół. Jako GOSSM mieliśmy kontakt z gminą Wallenhorst w Niemczech, w powiecie Osnabrück i tam co roku z drugą klasą gimnazjum jeździliśmy na duży turniej z mocnymi zespołami z Niemiec, Chorwacji. Ostatnio była tam nawet reprezentacja juniorów młodszych Tajlandii. Tacy niewysocy zawodnicy. W Niemczech temperatura ok. 25 stopni Celsjusza, a oni wyszli w rękawiczkach, ponieważ było im zimno! Byłem zaskoczony. Ja się chowałem w cieniu, a oni grali w rękawiczkach. Zawsze nas tam miło gościli, pojawiał się Burmistrz, Starosta i inni przedstawiciele.

Czy w okresie odkąd zakończył Pan prowadzić drużynę Motoru Lubawa, były propozycje z innych klubów?

Miałem kilka propozycji, ale nie byłem zainteresowany i kończyło się jedynie na rozmowach. Pracowałem w ośrodku gimnazjalnym i licealnym i to mi wystarczało, zajmowało bardzo dużo czasu. To nie jest tak, że idzie się na lekcje i je prowadzi. Trzeba się odpowiednio przygotować do zajęć, zrobić dokumentację, podsumować wszystko.

Czy uważa Pan, że wycisnął maksimum ze swej trenerskiej kariery?

Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, ale myślę, że chyba jednak można było troszkę więcej wykrzesać.

Jakieś niespełnione marzenie piłkarskie/trenerskie?

Nie. Kiedy pracowałem w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki to mogłem zostać w okolicach Warszawy i się „zakręcić” trochę w tamtejszych klubach. Ale pomyślałem, że wolę wrócić do pięknego Olsztyna i tak też zrobiłem.

Czy miał Pan swój trenerski autorytet, wzór do naśladowania?

Wzorowałem się na tych trenerach, którzy mnie prowadzili, będąc jeszcze zawodnikiem. Prowadziłem notatki z odbytych treningów.

Znał się Pan z Józefem Łobockim? W jakich okolicznościach pierwszy raz się spotkaliście?

Z Józefem Łobockim po raz pierwszy spotkaliśmy się na boisku, graliśmy ze sobą razem. Józio był trochę starszy ode mnie. Grał zarówno w piłkę nożną, jak i w koszykówkę. Nie był zbyt wysoki, ale grał zapewne na rozegraniu. Później współpracowaliśmy w grupach młodzieżowych, seniorskich. Kiedyś był taki numer, zawodniczki Stomilu grały w I lidze Koszykówki, a wśród nich dwie reprezentantki Polski. Była wówczas zima stulecia. Na Gietkowskiej była hala z trybunami na ok. 200 osób. Na hali były podokienne parapety wielkości stolika. Ludzie zatem siedzieli na parapetach oraz trybunie. Któraś z drużyn nie dojechała na mecz. Z Józiem zatem zorganizowaliśmy kilku piłkarzy, ubraliśmy się elegancko w stroje. Spiker zapowiada, że jest niespodzianka, w związku z tym, że zespół nie dojechał na spotkanie, to zagra zespół gwiazd przeciwko Stomilowi. Pełna hala i mecz męskiej drużyny z kobiecą. Super zabawa dla nas i widzów. Umówiliśmy się na mecz 2×15 minut, a kibice byli niezadowoleni z tego, że ten mecz ma trwać tak krótko! „Ziutek” był bardzo barwną postacią. Byłem jeszcze u niego w szpitalu dzień przed śmiercią wraz ze Zbyszkiem Wodniakiem. Mówił, że czuje się już dobrze. Niestety następnego dnia dowiedzieliśmy się o tym, że nie żyje…

Jakie ma Pan rady piłkarskie dla zawodników i trenerów z naszego województwa? Co trzeba zrobić, żeby móc grać, a także prowadzić zespół na wyższym szczeblu rozgrywkowym?

Muszą wytrwale pracować, mieć jakiś wyznaczony cel, potrzebna jest pasja. Zawodnicy muszą mieć pokorę, żeby im się zbyt szybko nie wydawało, że już są nie wiadomo kim. Muszą ciężko i uczciwie pracować na boisku i poza nim. Trenerzy powinni być osobami spokojnymi i rozważnymi, znaleźć wspólny język z zawodnikami, wyrobić sobie wśród nich autorytet, mieć wiedzę, być przygotowanym do każdego treningu. Także dla dzieci, które obserwują trenera i dla których jest jakimś wzorem. Jeżeli trener wychodzi na trening z dziećmi i nie wie, co ma zrobić, to nie będzie miał tego szacunku i nic nie osiągnie. Rada dla początkujących trenerów: jeżeli trener przyjeżdża się na konferencję, to powinien na niej starać się zdobywać wiedzę, nawet, jeśli ma jej sporo, a nie tylko podpisać listę i mieć zaliczone godziny. Wiedzę powinno się stale pogłębiać. Tyle lat jestem trenerem, a zawsze na konferencjach dowiaduje się czegoś nowego, ponieważ zmieniają się tendencje w szkoleniu.

Z Pana perspektywy, czyli z perspektywy osoby, która pracuje w szkole i jednocześnie jest trenerem – jak ważna jest dla zawodników nauka i wykształcenie?

Pracując już tyle lat, współpracowałem z wieloma zawodnikami. Mogę powiedzieć, że część zawodników, z którymi mam kontakt: większości udało się ułożyć życie – pokończyli szkoły, studia, pracują na dobrych stanowiskach. Oczywiście znam też takich, którzy nie poradzili sobie. Grając w piłkę nabywa się pewnych cech, tj. dyscyplina, obowiązkowość, współpraca. Kształtuje się też charakter.


Rozmawiali: Mariusz Bojarowski i Emil Wojda.
Fotografie: Archiwum prywatne Jerzego Budziłka


PRZECZYTAJ POZOSTAŁE WYWIADY -> TUTAJ